Mąż przez lata mówił, że nie dostał podwyżki. Po jego śmierci w banku dowiedziałam się, że zarabiał trzy razy więcej niż mi mówił
Kiedy umarł Marek, zostałam z długami – tak przynajmniej myślałam. Prawda była znacznie gorsza niż jakikolwiek dług. Prawda oznaczała, że przez dwadzieścia trzy lata dzieliłam łóżko z człowiekiem, którego w ogóle nie znałam.
Marek odszedł w marcu, nagle, na rozległy zawał. Miał pięćdziesiąt cztery lata, nigdy poważnie nie chorował. Rano wypił kawę, powiedział „do wieczora” i wyszedł do pracy. Do wieczora nie wrócił. Zadzwonili ze szpitala o czternastej. Kiedy dojechałam, było już po wszystkim.
Pierwszych tygodni po pogrzebie prawie nie pamiętam. Córka Kasia wzięła urlop i zamieszkała ze mną, bo bała się, że sobie nie poradzę. Miała rację. Nie radziłam sobie. Chodziłam po mieszkaniu i dotykałam jego rzeczy – kurtki na wieszaku, kubka z napisem „Najlepszy Tata”, okularów na szafce nocnej. Wszystko pachniało nim. Wszystko kłamało.
Po miesiącu zaczęłam zajmować się formalnościami. Marek nigdy nie pozwalał mi wchodzić w sprawy finansowe. Mówił, że się tym zajmie, żebym się nie martwiła. A ja się martwiłam i tak, bo przez te wszystkie lata pieniędzy było mało.