dlatego, że Krystyna zna żonę Tadka, tego rzekomo pochowanego kolegi.
– Krysia, przepraszam że w sobotę wieczorem, ale słuchaj – Tadek Wiśniewski, pamiętasz, mąż Danuty? On żyje, prawda?
Cisza w słuchawce. Potem niepewny śmiech.
– Iwonka, co ty, Tadek żyje, widziałam go w piątek w Biedronce, kupował piwo na weekend.
Rozłączyłam się. Więc i pogrzeb był zmyślony. Nie jeden wyjazd, nie pomyłka, nie jednorazowy wybryk. System. Leszek zbudował system – z nazwiskami kolegów, z pogrzebami, z urodzinami, ze spotkaniami rocznikowymi. Kalendarz kłamstw rozłożony na miesiące.
Kiedy wrócił o dwudziestej trzeciej, czekałam w kuchni. Miał lekki opalenizny na nosie i ramionach. W czerwcu. Z pogrzebu.
– Jak było? – zapytałam.
– Smutno. Tadek to był dobry człowiek – westchnął, stawiając torbę przy drzwiach.
Nie poprawiłam go. Nie powiedziałam, że Tadek kupuje piwo w Biedronce. Zacisnęłam zęby i patrzyłam, jak zdejmuje buty, jak idzie do łazienki, jak odkręca prysznic. Na brudnej koszuli, wrzuconej do kosza na pranie, był piasek.
Następne dni były najdziwniejsze w moim życiu. Chodziłam do pracy, wydawałam leki, rozmawiałam z pacjentami – a w głowie miałam te dwa leżaki. Układałam pudełka na półkach i myślałam o tym granatowym ręczniku. Czyj. Jakie imię. Jaka twarz.
Nie zapytałam Leszka. Nie dlatego, że się bałam. Dlatego, że nie wiedziałam jeszcze, czego chcę. Prawdy – tak, ale co potem? Krzyczeć, płakać, wyrzucić go? Powiedzieć dzieciom? Trzydzieści pięć lat zamienić w co – w rozwód po sześćdziesiątce? W samotne wieczory w domu, który budowaliśmy razem?
Zaczęłam obserwować. Sprawdzałam album codziennie. Przez dwa tygodnie nic się nie pojawiło. A potem, w kolejną sobotę – Leszek pojechał na “wędkowanie z Mirkiem” – wgrały się dwa nowe zdjęcia. Ścieżka przez las. I ławka nad jeziorem, na której leżała damska chusta w kolorze bordowym.
Bordowa chusta. Ktoś ją tam zostawił, a Leszek zrobił zdjęcie, bo pewnie wydało mu się ładne. Albo sentymentalne. Albo jedno i drugie. Mój mąż – mechanik, który przez trzydzieści lat nie zrobił mi ani jednego zdjęcia – fotografował cudzą chustę nad jeziorem.
To zabolało bardziej niż te leżaki. Leżaki to mogła być pomyłka, przypadek, nadinterpretacja. Ale ta chusta – to była czułość. Czułość, której nie dostawałam od lat. Leszek na emeryturze stał się kimś innym. Tylko nie dla mnie.
Minął miesiąc. Nie powiedziałam mu ani słowa. Codziennie wchodziłam na album, codziennie sprawdzałam, czy nie pojawiło się coś nowego. Stałam się strażniczką jego tajemnicy, a on nawet o tym nie wiedział.
W piątek wieczorem, dwa dni przed kolejną zaplanowaną “wyprawą”, siedziałam na ganku i obierałam jabłka na szarlotkę. Leszek wyszedł z domu i usiadł obok mnie. Przez chwilę milczał. Potem powiedział:
– Iwonka, myślałem, żebyśmy gdzieś razem pojechali. W góry albo nad morze. Dawno nigdzie nie byliśmy.
Patrzyłam na niego. Na tę twarz, którą znałam od trzydziestu pięciu lat. Na zmarszczki wokół oczu, na siwe włosy, na ręce poplamione smarem, którego już żaden krem nie zmywał. Mój mąż. Który kłamał mi od miesięcy. Który fotografował czyjąś chustę. I który teraz proponował mi wspólny wyjazd, jakby nic się nie stało.
– Może – odpowiedziałam. – Ale najpierw powiedz mi, Leszku, jak było na pogrzebie Tadka.
Patrzyłam, jak zmienia mu się twarz. Powoli, jak chmura zasuwająca słońce. Najpierw niezrozumienie. Potem błysk strachu. Potem – i to mnie zaskoczyło – ulga.
Długo milczał. Jabłko w moich rękach było już obrane do rdzenia. Wreszcie powiedział cicho:
– Wiesz.
Nie zaprzeczyłam. Nie potwierdziłam. Czekałam.
– Odkąd?
– Od leżaków – powiedziałam.
Znowu cisza. Czerwcowy wieczór pachniał jaśminem z ogrodu sąsiadki. Gdzieś daleko szczekał pies. Normalny wieczór. Normalny świat.
Leszek nie wyjaśniał, nie przepraszał, nie kłamał dalej. Siedział z pochyloną głową i obracał w palcach łupinkę jabłka, którą podniosł z deski. Trzydzieści pięć lat – i łupinka jabłka na ganku.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie pytałam, kim jest ta kobieta. Nie chciałam wiedzieć – nie tamtego wieczoru. Może jutro. Może za tydzień. Może nigdy.
Wiem tylko, że album w chmurze nadal istnieje. Kubuś nie wie, co uruchomił tamtą Wielkanocą, kiedy z zapałem piętnastolatka uczył dziadka nowych technologii. A ja każdego wieczoru otwieram tablet i patrzę, czy nie pojawiło się nowe zdjęcie.
Nie dlatego, że szukam dowodów. Dlatego, że to jedyne okno, przez które widzę człowieka, z którym mieszkam od trzydziestu pięciu lat – takiego, jakim naprawdę jest, kiedy myśli, że nikt nie patrzy.