mi portrety, na których wyglądam jak księżniczka z różowymi włosami. Jasio mówi „baba” zanim powie „mama”. Ale coś we mnie gasło. Z Wojciechem rozmawialiśmy coraz rzadziej. Z codziennych telefonów zrobiły się co kilka dni, potem raz w tygodniu. Nie kłóciliśmy się. Po prostu milkliśmy. Jakby ktoś ściszał dźwięk.
Na Wielkanoc nie zadzwonił. Napisałam krótką wiadomość ze świątecznym życzeniami. Odpisał po dwóch dniach: „Dziękuję, Renata. Wzajemnie.” Trzy słowa. Bez uśmieszku, bez pytania, co u mnie.
A wczoraj wróciłam się po tę cholerną torebkę.
Magda siedziała z dwiema koleżankami przy stole w kuchni. Pół butelki wina, resztki pizzy. Drzwi od przedpokoju były uchylone i słyszałam każde słowo.
– No i moja mama miała takiego adoratora – mówiła Magda tonem, jakim opowiada się zabawne historyjki. – Poznała gościa w sanatorium i on chciał, żeby się do niego przeprowadziła nad morze. Na starość narzeczoną się zachciało bawić!
Śmiech. Taki szczery, od brzucha.
Koleżanka zapytała: – I co, pojechała?
– No skąd! Ja jej powiedziałam, że dzieci mnie potrzebują, to została. No bo co, miała nas zostawić dla jakiegoś faceta z Tinderu?
Wojciech nie był z Tinderu. Wojciech był człowiekiem, który wstawał o piątej, żeby zdążyć na pociąg do Płocka. Który przywoził mi czekoladki z Biedronki, bo wiedział, że lubię te z orzechami. Który przy naszym ostatnim spotkaniu powiedział, że moglibyśmy mieć ładne życie.
Stałam w tym przedpokoju może minutę. Może dwie. Patrzyłam na swoje buty – wygodne, płaskie, kupione z myślą o tym, żeby dużo chodzić z wózkiem. I pomyślałam, że te buty mówią o moim życiu więcej niż jakiekolwiek słowa.
Wyszłam cicho. Magda nie usłyszała.
W domu usiadłam przy stole i otworzyłam szufladę, w której trzymam rzeczy, o których nikt nie wie. Pod starymi rachunkami za telefon leżało zdjęcie z Kołobrzegu. Ja i Wojciech na ławce, morze za plecami, wiatr we włosach. Uśmiechamy się. Oboje wyglądamy na zaskoczonych, że jeszcze potrafimy się tak uśmiechać.
Wyciągnęłam telefon. Numer Wojciecha wciąż był zapisany. Zastanawiałam się, czy go jeszcze ma. Czy nie zmienił. Czy w ogóle chciałby odebrać.
Magda napisała wieczorem: „Mamo, jutro możesz wziąć Jasia od 8? Muszę do dentysty.”
Odpisałam po dwóch godzinach. Trzy słowa: „Muszę pomyśleć.”
Odpowiedziała minutę później: „O czym? 😂”
Nie odpisałam. Siedziałam z tym zdjęciem i słuchałam ciszy w mieszkaniu. Tej ciszy, która kiedyś była spokojem, a teraz brzmiała jak wyrok.
Na ekranie telefonu wciąż świeciło się imię Wojciecha. Kciuk miałam na zielonej słuchawce. Ale jeszcze nie nacisnęłam.