Wróciła o szóstej.
W środę nie pytali. Po prostu zostawili dzieciom śniadanie na stole, a sami wyszli, zanim się obudziłam. Znalazłam kartkę na lodówce: “Mamo, pojechaliśmy na kajaki. Wrócę popołudniu. Buziaki!”. Z uśmieszkiem narysowanym flamastrem.
Stałam z tą kartką w ręce i przez długą chwilę nie umiałam złapać oddechu. Nie ze złości. Ze zmęczenia. Bo Olek o siódmej rano ma energię dwudziestolatka, Zuzia bez matki staje się marudna i płaczliwa, a ja mam sześćdziesiąt dwa lata, bolą mnie kolana od kucania przy tych zamkach z piasku i od trzech dni nie otworzyłam swojej książki.
Czwartek był najgorszy. Natalia wróciła koło czwartej z bukietem lawendy i pudełkiem lodów.
– Mamo, odpoczywasz? – spytała lekkim tonem.
– Odpoczywam? – powtórzyłam. – Natalio, ja od poniedziałku nie usiadłam na pięć minut. Twoje dzieci są cudowne, ale ja przyjechałam tutaj być z tobą. Porozmawiać. Posiedzieć razem na plaży. A ty…
Urwałam. Bo Natalia patrzyła na mnie z takim szczerym zdziwieniem, jakby ktoś jej powiedział, że ziemia jest płaska.
– Ale mamo, przecież jesteś z wnukami. Uwielbiasz wnuki.
– Kocham wnuki. Ale nie jestem opiekunką na wezwanie. Powiedziałaś, że porozmawiamy. Że w końcu pobyłybyśmy razem.
Natalia postawiła lody na blacie i skrzyżowała ręce.
– No to pobyłyśmy. Cały tydzień pod jednym dachem.
– Pod jednym dachem to nie znaczy razem, Natalio.
Cisza. Zuzia w pokoju obok śpiewała piosenkę o biedronkach. Damian wyszedł na taras z telefonem, jak zawsze, kiedy wyczuwał, że atmosfera gęstnieje.
Natalia usiadła. Przez chwilę miała twarz małej dziewczynki, która wie, że zrobiła coś niedobrego, ale nie do końca rozumie co. I chyba właśnie to bolało najbardziej – że ona naprawdę nie widziała problemu. Dla niej to było oczywiste: babcia jest, dzieci są, więc babcia pilnuje dzieci, a rodzice odpoczywają. Tak jak kiedyś moja matka pilnowała Natalii, kiedy my z Leszkiem jechaliśmy na urlop do Bułgarii.
– Mamo, nie chciałam… – zaczęła.
– Wiem, że nie chciałaś – przerwałam jej. – Właśnie o to chodzi. Że nawet nie przyszło ci do głowy.
W piątek Natalia została rano. Poszłyśmy z dziećmi na plażę razem. Kupiła mi kawę z automatu, usiadłyśmy na kocu, a Damian gonił Olka po piasku. Zuzia rysowała patykiem po mokrym brzegu, a Natalia opowiadała mi coś o pracy, o sąsiadce, o tym, że Olek będzie chodził na judo. Normalna rozmowa. Zwykła, prosta, taka, na którą czekałam cały tydzień.
Ale trwała czterdzieści minut. Potem Natalia spojrzała na telefon, powiedziała, że “musi jeszcze skoczyć coś załatwić”, i zostawiła mnie z dziećmi.
W sobotę rano spakowałam walizkę. Natalia stała w drzwiach i patrzyła, jak zapinam zamek.
– Mamo, ale… było fajnie, prawda?
Objęłam ją mocno. Pocałowałam w czubek głowy, tak jak wtedy, gdy miała pięć lat i płakała, bo koleżanka zabrała jej łopatkę na piaskownicy.
– Było – powiedziałam.
W pociągu do Bydgoszczy otworzyłam w końcu tę książkę. Przeczytałam trzy strony i zamknęłam. Za oknem migały pola, szpalery drzew, stacje z nazwami, które znałam od lat.
Myślałam o Natalii. O tym, jak ją wychowałam. O tym, czego jej nie nauczyłam. I o tym, czy to w ogóle kwestia nauki – czy może po prostu niektóre rzeczy widzi się dopiero wtedy, kiedy samemu siądzie się po drugiej stronie stołu.
Zuzia przysłała mi wieczorem zdjęcie na WhatsAppie. Zamek z piasku, który budowałyśmy w środę. “Babciu kocham cię” – napisała Natalia z telefonu córki.
Odpisałam serduszko. I nie wiedziałam, czy jestem wzruszona, czy zmęczona. Chyba jedno i drugie.