Kredyt. Sto pięćdziesiąt tysięcy złotych, z którego większość poszła na nową halę magazynową dla firmy. Hala została przy Grzegorzu. Kredyt – przy nas obojgu. A ponieważ Grzegorz nagle zaczął mieć problemy z terminowymi wpłatami – raty zaczęły spadać na mnie.
Byłam wtedy w miejscu, w którym człowiek albo tonie, albo zaczyna płynąć. Nie miałam etatu. Nie miałam stażu pracy. Na papierze byłam nikim – dwadzieścia lat doświadczenia w prowadzeniu ksiąg, a żadnego dokumentu, który by to potwierdzał.
Ola skończyła liceum i poszła na studia do Wrocławia. Kacper pomagał mi pieniędzmi, ile mógł, ale sam zarabiał niewiele. Przez trzy miesiące pracowałam na kasie w markecie budowlanym – ironia losu, bo sprzedawałam materiały wykończeniowe firmom takim jak ta Grzegorza.
Wracałam do pustego mieszkania, które sąd przyznał mi tymczasowo na czas postępowania o podział majątku, i siadałam przy kuchennym stole. Przy tym samym, na którym dwadzieścia lat temu wpisywałam pierwsze faktury Grzegorza do zeszytu.
To była Marzena, moja koleżanka z osiedla, która pierwsza powiedziała to na głos.
– Dorota, ty masz większe pojęcie o rachunkowości niż połowa biur w tym mieście. Czemu nie otworzysz własnego?
Roześmiałam się. Ale Marzena nie żartowała. Pokazała mi, jakie kursy muszę uzupełnić, żeby mieć formalne kwalifikacje. Pomogła mi znaleźć darmowe szkolenia z dofinansowaniem unijnym. Przez pół roku uczyłam się wieczorami tego, co robiłam od dwudziestu lat – tyle że teraz dostawałam za to certyfikaty.
Najtrudniejszy był moment, kiedy musiałam pójść do banku po kredyt na wyposażenie biura. Stałam przed drzwiami oddziału i miałam mdłości. Ostatni kredyt, który podpisałam, wisiał mi nad głową jak wyrok. Ale weszłam. Dostałam niewiele – ale wystarczająco na biurko, komputer, drukarkę i trzy miesiące czynszu.