– Mamo, to było dzień po moich urodzinach.
Mama sięgnęła po filiżankę.
– Notariusz miał wolny termin.
Nie płakałam. Nie jestem typem, który płacze – a przynajmniej tak mi się przez pięćdziesiąt osiem lat wydawało. Ale wracając samochodem z Czubów, musiałam się zatrzymać na parkingu przed Lidlem, bo nie widziałam drogi.
Nie chodziło o mieszkanie. Nie chodziło nawet o pieniądze, choć Grzegorz potem mówił mi ostrożnie, że córki Magdy dostaną kiedyś i to mieszkanie, i dom po teściu, a nasze dziewczyny nie mają nic – ale to nie było o pieniądze. To było o to, że mama wybrała. I że wybierając Magdę, nie powiedziała mi o tym, jakbym była kimś, kogo trzeba obejść. Przeszkodą, nie córką.
Zadzwoniła Magda w lutym. Pierwszy raz od wigilii.
– Jolka, może się spotkamy? Pogadamy jak dorośli ludzie.
Spotkałyśmy się w kawiarni w centrum. Magda wyglądała na zmęczoną – cienie pod oczami, włosy spięte byle jak. Zamówiła kawę, ja herbatę. Chwilę siedziałyśmy w ciszy.
– Chciałam ci powiedzieć – zaczęła. – Naprawdę chciałam. Ale mama prosiła, żebym poczekała. Mówiła, że sama ci powie po świętach. A potem ja… po prostu powiedziałam za dużo przy stole.
– Trzy miesiące, Magda.
– Wiem.
– Siedziałyśmy razem na kanapie u mamy w październiku i robiłyśmy album ze zdjęciami z wakacji. I ty już wtedy wiedziałaś.
Magda zamknęła oczy.
– Nie powinnaś się dowiedzieć w ten sposób.
– Nie powinnaś się dowiedzieć w ogóle? Może tak myślałyście?
– Jolka, mama się ciebie boi. Nie chciała konfrontacji. Pomyślała, że jak będzie po fakcie, to po prostu… przyjmiesz.
Po prostu przyjmiesz. Jakby mi podawali za niski rachunek w sklepie, a nie jakby ktoś ciął nożem coś, co powinno być niepodzielne.
Nie podałam Magdzie ręki na pożegnanie. Nie byłam gotowa. Powiedziałam, że potrzebuję czasu, i wyszłam.
Mija kwiecień. Nie dzwonię do mamy w każdą sobotę – dzwonię co drugą. Nie przyjeżdżam z zakupami – pytam, czy Magda się zajmie, skoro jest bliżej. Mówię to bez złośliwości, ale obydwie wiemy, co to znaczy.
Grzegorz mówi mi, że karuję mamę ciszą. Może ma rację. Ale ja nie wiem, jak rozmawiać z kimś, kto trzy miesiące patrzył mi w oczy i milczał o czymś takim. Nie wiem, jak usiąść obok siostry, z którą dzieliłam pokój przez osiemnaście lat, i udawać, że nic się nie stało.
Nie chodziło o czterdzieści osiem metrów kwadratowych na Czubach. Chodziło o to, że w rodzinie, o której myślałam, że jest moja – byłam osobą, którą się omija.
Czasem w sobotę, wracając z pracy, przejeżdżam obok maminego bloku. Nie zatrzymuję się. Patrzę na balkon na trzecim piętrze, na doniczki z pelargoniami, które mama hodowała od lat. Teraz oficjalnie to balkon Magdy. Ale pelargonie wciąż kwitną tak samo.
Może kiedyś zaparkuję i wejdę na górę. Może kiedyś powiem mamie, że nie jestem taka jak ojciec. Ale dzisiaj nie potrafię.