Prawdziwe motywy: Zazdrość i kompleksy
Olga zniknęła na chwilę w przedpokoju i wróciła z małym, aksamitnym pudełeczkiem, które wyciągnęła z torebki. Wysypała jego zawartość na stół, tuż przed nosem Andrzeja. Na lepki od rozlanego alkoholu obrus ze stukotem upadł drugi komplet kluczyków do Touarega. Nowiutki, lśniący, z wciąż naklejoną folią ochronną na logo.
– Zabierz to – powiedziała równym głosem, w którym dźwięczała stal. – Dasz w prezencie swojemu kumplowi, czy komu tam opchnąłeś moje auto. Przyda mu się. Bo to pewnie trochę niewygodne odsprzedawać kradziony samochód z jednym kompletem. Będą żądać rabatu.
Andrzej wlepił wzrok w kluczyki, jakby to był jadowity wąż. Jego jabłko Adama drgnęło konwulsyjnie. Spróbował nakryć je dłonią, schować, usunąć ten niemy wyrzut sumienia z pola widzenia, ale Olga przechwyciła jego nadgarstek. Jej palce, lodowate i mocne, zacisnęły się na jego dłoni tak, że zbielały jej knykcie.
– Kto sporządził umowę, Andrzeju? – zapytała, patrząc mu prosto w rozszerzone źrenice. – W karcie pojazdu jest moje nazwisko. W ubezpieczeniu jest moje nazwisko. Żaden normalny komis nie przyjąłby samochodu od męża bez notarialnego upoważnienia od żony. Jak to załatwiłeś?
Andrzej wyrwał rękę, przewracając pusty kieliszek.
– Mam swoje dojścia – mruknął, uciekając wzrokiem i znów nalewając sobie koniaku. Butelka brzęknęła o krawędź szklanki, zdradzając drżenie jego rąk. – Paszka Zubow. Pamiętasz go? Studiowaliśmy razem. Jest teraz starszym menedżerem na placu w Kotelnikach. Równy gość, zrozumiał sytuację.
– Zubow… – Olga skrzywiła się, przypominając sobie tego obleśnego, wiecznie spoconego typa, który na ich weselu próbował obmacywać jej przyjaciółki i sępił papierosy od kelnerów. – Czyli poszedłeś do tego drobnego oszusta, sprzedałeś mu łzawą historyjkę o bandytach, a on zgodził się przyjąć kradzione auto? Za jaki procent?
– Nie kradzione! – Andrzej uderzył pięścią w stół, ale cios był słaby, pijacki. – Przestań powtarzać to słowo! Jestem twoim mężem! Zgodnie z prawem to nasz wspólny majątek. Paszka po prostu przymknął oko na formalności. Swoją drogą, dokumenty wystawił z datą wsteczną, tak jakbyś sama przyprowadziła auto tydzień temu. Więc od strony prawnej nie masz się do czego przyczepić, nawet nie próbuj.
Koniec małżeńskiej iluzji i brutalna prawda
Olga poczuła, jak do gardła podchodzą jej mdłości. Nie chodziło już o samochód. Chodziło o to, z jaką banalną łatwością opisywał proces zdrady. Zaplanował wszystko. Kiedy ona leciała samolotem, ciesząc się na powrót, on już siedział z tym całym “Zubowem”, targował się, płaszczył i wymyślał legendę.
– A podpis? – zapytała cicho. – Kto podpisał umowę kupna-sprzedaży? Twój Paszka?
Andrzej nagle się uśmiechnął. Był to paskudny, zadowolony z siebie uśmieszek ucznia, któremu udało się ściągnąć na klasówce.
– Nie. Ja sam.
Sięgnął do kieszeni dżinsów, wyciągnął zmięty paragon z supermarketu i rzucił go na stół.
– Dwa dni trenowałem, Ola. Wziąłem twój stary paszport z szuflady, siedziałem i ćwiczyłem te twoje zawijasy. Masz skomplikowany podpis, z pętelką na końcu. Ale wyrobiłem sobie rękę. Paszka nawet nie zauważył różnicy. Stwierdził: „Jeden do jednego, marnujesz talent”.
Olga patrzyła na niego i go nie poznawała. Pięć lat małżeństwa rozsypało się w pył. Siedział przed nią nie ukochany mężczyzna, ale zawistny, małostkowy przestępca, który był wręcz dumny z tego, jak zręcznie ją oszukał. Nie żałował. Wręcz przeciwnie, w jego pijanym spojrzeniu widać było triumf: „Patrz, przechytrzyłem cię, taką mądrą i odnoszącą sukcesy”.
– Trenowałeś mój podpis… – powtórzyła powoli, smakując te słowa jak skwaśniałe mleko. – Podczas gdy ja pracowałam, żeby spłacić hipotekę za to mieszkanie, ty siedziałeś tutaj, w tej kuchni, i uczyłeś się fałszować mój charakter pisma, żeby mnie okraść.
– Przestań w kółko powtarzać: „Ja, ja, moje, dla mnie”! – Andrzej nagle wybuchnął. Zerwał się z miejsca, krzesło z hukiem odleciało do tyłu i uderzyło w lodówkę. – Pieniądze cię uwierają, co? Pomyślałaś chociaż raz, jak to jest żyć u boku kogoś takiego? Wracasz do domu, wielka bizneswoman, rzucasz kluczykami od fury za cztery bańki, opowiadasz o kontraktach, o spotkaniach. A ja kto? Jestem menedżerem średniego szczebla z pensją osiemdziesięciu tysięcy! Ty za jedną premię dostajesz więcej niż ja przez rok!
Zaczął iść w jej stronę, dźgając ją palcem w pierś. Olga nie cofnęła się ani o krok, choć biła od niego agresja i smród alkoholu.
– I co w związku z tym? – zapytała lodowatym tonem. – To moja wina, że nie chcesz się rozwijać? Proponowałam ci kursy. Proponowałam pomoc w założeniu biznesu. Sam odmówiłeś. Wolisz pić piwo przed telewizorem i narzekać.
– Nie potrzebuję twoich jałmużn! – wrzasnął, a jego ślina wylądowała na jej policzku. Olga z obrzydzeniem wytarła twarz wierzchem dłoni. – Jestem facetem! To ja mam rozwiązywać problemy! I rozwiązałem! Tak, wziąłem twój samochód. Ponieważ w naszej rodzinie pieniądze masz tylko ty. To jest sprawiedliwość, Ola! To się nazywa redystrybucja dóbr. Ty i tak wszystko masz. Zarobisz sobie znowu. A ojca mogli zabić! Rozumiesz różnicę? Kawał blachy kontra życie!
– Ty niczego nie zredystrybuowałeś – powiedziała Olga, patrząc na niego z chirurgiczną litością. – Po prostu kupiłeś sobie poczucie własnej wartości moim kosztem. Chciałeś poczuć się jak zbawca, wielki człowiek, który załatwia sprawy. Ale zrobiłeś to moimi rękami. Nawet długu ojca nie spłaciłeś swoimi pieniędzmi, tylko moimi. Jesteś pusty w środku, Andrzeju. Nie ma w tobie nic poza kompleksami.