Liczyłam kiedyś. Trzynaście godzin od wyjścia z domu do powrotu. Sześć dni w tygodniu, bo Natalia czasem “musiała nadrobić” w sobotę. Za darmo. Bez umowy, bez ustaleń, bez pytania, czy mi to pasuje. W końcu jestem babcią, nie obcą opiekunką. Babcie nie biorą pieniędzy.
Pieniędzy zresztą nikt nie zaproponował. Ani razu. Kamil zarabiał dobrze, Natalia chyba jeszcze lepiej – widziałam ich nowe auto, nową kanapę, weekendowe wyjazdy we dwoje, kiedy “babcia i tak jest”. Ja za to wydawałam swoją emeryturę na bilety autobusowe i nie kupowałam sobie nowych butów na zimę, bo te stare jeszcze jakoś trzymały.
Koleżanka Basia, z którą piłam kawę w poniedziałki – jedyny wolny dzień – powiedziała mi kiedyś wprost:
– Wanda, oni cię wykorzystują. Wiesz o tym, prawda?
Powiedziałam, że przesadza. Że to rodzina. Że Olek mnie potrzebuje.
– Olek cię potrzebuje – odpowiedziała Basia. – Ale oni potrzebują darmowej siły roboczej.
Zdenerwowałam się wtedy. Wyszłam wcześniej. Przez dwa tygodnie nie odzywałam się do Basi. Ale jej słowa siedziały we mnie jak drzazga, której nie da się wyjąć.
Potem zachorowałam. Zwykłe przeziębienie, ale przy moim wieku i po tylu miesiącach niedoboru snu – przewróciło mnie na łopatki. Gorączka, kaszel taki, że bolały żebra. Zadzwoniłam do Kamila w niedzielę wieczorem, żeby uprzedzić.
– Kamil, nie dam rady jutro przyjść. Jestem chora.
– Ale mamo… jutro mamy oboje ważne spotkania.
– Synku, mam gorączkę.
Cisza. A potem:
– No dobra. Coś wymyślimy.
Żadnego “wracaj do zdrowia”. Żadnego “przywiozę ci leki”. Następnego dnia – ten SMS.
Leżałam w łóżku i czytałam go. Raz, drugi, piąty. “Wiesz, ile nas to kosztowało?” Kosztowało. Jakbym była usługą, która się zepsuła. Pralką, która się zaciął w połowie cyklu.
A ile kosztowało mnie te dziewięć miesięcy? Ile kosztowały mnie czwarte piąte, autobusy w ciemności, bóle kolan na ich trzecim piętrze bez windy? Ile kosztowały mnie stracone poranki, nieodbyte spacery, odwołane wizyty u lekarza, bo “nie mogę, pilnuję Olka”?
Nie odpisałam. Przez trzy dni. Kamil też nie dzwonił.
Czwartego dnia gorączka spadła i mogłam wreszcie jasno myśleć. Usiadłam przy kuchennym stole, otworzyłam kalendarz i policzyłam. Dwieście siedemdziesiąt trzy dni. Tyle dni byłam u nich od września. Dwieście siedemdziesiąt trzy razy autobus o szóstej rano.
Zadzwoniłam do Kamila wieczorem. Nie do Natalii – do syna.
– Kamil, muszę ci coś powiedzieć.
Powiedziałam spokojnie. Że ich kocham. Że kocham Olka. Ale że od maja będę przyjeżdżać trzy razy w tygodniu, nie sześć. Że resztę muszą rozwiązać sami – żłobek, niania, Natalia pół etatu, cokolwiek.
Cisza.
– Mamo, ale ty wiesz, ile kosztuje niania?
Znowu koszty.
– Wiem, Kamil – powiedziałam. – A wiesz, ile kosztuje pielęgniarka na godziny? Bo tyle ci dałam za darmo przez dziewięć miesięcy.
Nie krzyczał. Nie kłócił się. Po prostu się rozłączył.
Od tamtej rozmowy minął tydzień. Kamil nie dzwoni. Natalia przysłała mi jedno zdanie: “Rozumiem, Wando.” Imię, nie “mamo”. Słyszałam w tym zdaniu lodowatą uprzejmość.
Basia mówi, że dobrze zrobiłam. Może ma rację. Ale wieczorami siedzę w tym cichym mieszkaniu na Tysiącleciu, piję herbatę z cytryną i myślę o Olku. O jego rączkach, które chwytają mnie za palec. O tym, jak mówi “ba-ba”, bo jeszcze nie umie powiedzieć “babcia”.
Nie żałuję ani jednego dnia, który z nim spędziłam. Żałuję tylko, że mój syn nie widzi różnicy między miłością a usługą.