Telefon, który powiedział prawdę
Do domu wróciłam nad ranem. W szpitalu pozwolono mi zobaczyć Marka tylko na pięć minut. Leżał blady, podłączony do rurek i monitorów. Miał zamknięte oczy, a jego oddech był ciężki.
Stałam przy łóżku i trzymałam go za rękę.
— Marek… trzymaj się. Proszę.
Nie słyszał mnie. Był pod wpływem leków. Pielęgniarka powiedziała cicho, że pierwsza doba jest najgroźniejsza.
Wróciłam do domu, bo musiałam się przebrać i zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Usiadłam na łóżku — naszym łóżku, na którym spaliśmy przez piętnaście lat.
Jego telefon leżał na szafce nocnej.
Znałam kod. Data naszego ślubu.
Otworzyłam go.
Rozmowa z „Claire”. Ostatnia wiadomość, wysłana poprzedniego wieczoru, brzmiała:
„Czekam na ciebie w kawiarni. Tęsknię”.
Jego odpowiedź:
„Już jadę. Kocham”.
Przewijałam dalej. Setki wiadomości. Miesiące rozmów.
„Kiedy powiesz żonie?”
„Wkrótce. Obiecuję”.
„Mam dość czekania”.
„Jeszcze trochę. Rozwiodę się. Będziemy razem”.
Odłożyłam telefon i podeszłam do okna. Za szybą wstawał szary, zimny świt.
Rozwód.
Obiecywał jej rozwód. A mnie mówił: „Jestem na zebraniu”.
Druga kobieta na korytarzu
Do szpitala wróciłam w ciągu dnia. Miałam torbę z rzeczami i jedzeniem, na wypadek gdybym musiała zostać dłużej. Marek nadal leżał na intensywnej terapii, a odwiedziny były zabronione.
Siedziałam na korytarzu godzinami.
— Jak on?
— Stabilny. Trzyma się.
Trzyma się.
Wieczorem zobaczyłam ją. Dziewczyna miała około dwudziestu ośmiu lat. Była szczupła, piękna i na pierwszy rzut oka pewna siebie. Weszła na oddział i podeszła do okienka.
— Dzień dobry. Jak się czuje Marek Duval?
Pielęgniarka spojrzała najpierw na nią, potem na mnie.
— Kim pani jest?
Dziewczyna zawahała się, po czym wyprostowała.
— Ja… jestem jego narzeczoną.
W tej chwili we mnie coś pękło.
Claire wypuściła powietrze, jakby dopiero teraz zrozumiała, że nie jest sama. Poczułam, jak napięła się obok mnie, gotowa na cios, którego nie potrafiła przewidzieć.
Wtedy wyszedł lekarz.
— Pacjent odzyskał przytomność — powiedział spokojnie. — Na krótko. Stan nadal jest ciężki, ale jest świadomy. Zadaje pytania.
Pielęgniarka rzuciła nam szybkie spojrzenie i odwróciła wzrok.
— Która z pań… — lekarz zawahał się — która jest mu bliższa, proszę zdecydować same. Do sali może wejść tylko jedna osoba. Na pięć minut.
Pięć minut. Piętnaście lat małżeństwa. I narzeczona.
Claire spojrzała na mnie. W jej oczach nie było już pewności siebie. Był tylko strach.
— Ja byłam z nim, gdy to się stało — powiedziała cicho. — Wołał mnie.
Powoli skinęłam głową.
— A gdy kupował leki, podpisywał dokumenty i leżał z gorączką, wołał mnie.
Milczałyśmy. Korytarz nagle wydał się zbyt wąski, a powietrze zbyt ciężkie.
— Proszę zdecydować — powtórzył lekarz.
Zrobiłam krok do przodu.
— Ja pójdę.
Claire drgnęła.
— Ale…
— Ty byłaś z nim wczoraj — powiedziałam spokojnie. — A ja przez piętnaście lat.
Zacisnęła usta. Oczy wypełniły się łzami, ale nie zaprotestowała.