Mąż mówił, że w sobotę jedzie na pogrzeb kolegi do Łodzi. Wieczorem do naszego wspólnego albumu w chmurze, który założył wnuk, same wgrały się jego zdjęcia: plaża, parasol, dwa leżaki. On nie wie, że to widzę.
Gdyby nie Kubuś i jego pomysł z tym albumem, pewnie dalej bym wierzyła, że Leszek w każdą trzecią sobotę miesiąca jeździ do Łodzi na spotkania swojego rocznika. Że wraca zmęczony, bo podróż, bo emocje, bo coraz częściej ktoś z kolegów choruje albo odchodzi. A on po prostu jeździł nad morze. Z kimś, kto zajmował ten drugi leżak.
Ale po kolei.
Leszek wstał tamtego ranka wcześniej niż zwykle. Słyszałam, jak szeleścił w przedpokoju, jak otwierał i zamykał szufladę w komodzie. Leżałam jeszcze w łóżku – była sobota, szósta czterdzieści, za wcześnie nawet na kawę. Kiedy zszedł do kuchni, podniosłam się i zajrzałam do komody. Brakowało tych letnich kąpielówek, które kupiłam mu dwa lata temu w Lidlu. Na pogrzeb.
Nie powiedziałam nic. Pomyślałam, że może się przesłyszałam, że może szukał czegoś innego. Leszek stanął w drzwiach sypialni, już ubrany – jasna koszula, spodnie od garnituru, torba sportowa w ręku.
– Iwonka, wracam wieczorem, późno pewnie, bo po ceremonii jeszcze na stypę – powiedział i pocałował mnie w czoło.
Trzydzieści pięć lat małżeństwa. Troje dzieci, czworo wnuków, dom pod Lublinem spłacony do ostatniej raty. Apteka na rogu Lipowej, w której przepracowałam dwadzieścia osiem lat, zamykana przeze mnie każdego dnia o osiemnastej. Życie poukładane jak leki na półkach – uporządkowane, przewidywalne, z dokładnymi datami ważności.
Leszek przez trzydzieści lat pracował jako mechanik w zajezdni autobusowej. Trzy lata temu przeszedł na emeryturę i nagle okazało się, że ma mnóstwo energii. Zaczął jeździć na te spotkania rocznikowe – najpierw raz na kwartał, potem co miesiąc, potem co trzy tygodnie. Mówił, że kolegów ciągnie do siebie, że odżywają przy piwie wspomnienia. Ja się cieszyłam. Myślałam – dobrze, że ma coś swojego, że nie siedzi cały dzień przed telewizorem.
Ten album w chmurze to był pomysł Kubusia, naszego najstarszego wnuka. Piętnaście lat, cały w technologii. Przyjechał na Wielkanoc i powiedział, że założy nam wspólny album w Google, żebyśmy mogli wrzucać zdjęcia z rodzinnych spotkań i wszyscy je widzieli.
– Dziadku, wystarczy, że zrobisz zdjęcie telefonem i ono samo się wgra – tłumaczył Leszkowi, który kiwał głową z miną człowieka, który nie rozumie, ale nie chce się przyznać.
Kubuś zainstalował aplikację na telefonie Leszka. Na moim tablecie. Na telefonach naszych dzieci. Album zapełniał się zdjęciami z Wielkanocy – pisanki, babka, dzieci biegające po ogrodzie. Potem doszły zdjęcia z Dnia Matki, z komunii najmłodszej wnuczki. Leszek szybko zapomniał o istnieniu tego albumu. Ja zaglądałam codziennie, bo lubiłam przewijać zdjęcia wnuków.
Tamtego sobotniego wieczoru otworzyłam tablet, żeby sprawdzić przepis na ciasto, które obiecałam upiec na niedzielę. Automatycznie kliknęłam w album. I zobaczyłam.
Trzy nowe zdjęcia. Zsynchronizowane dwadzieścia minut wcześniej.
Pierwsze – plaża. Szeroka, piaszczysta, z pasem wydm w tle. Drugie – parasol w żółto-białe pasy, pod nim dwa leżaki ustawione blisko siebie. Na jednym ręcznik w kolorowe paski, na drugim granatowy. Trzecie – talerz z rybą na jakimś drewnianym stoliku, w tle morze.
Nie było żadnych ludzi na zdjęciach. Ale były dwa leżaki. Dwa ręczniki. I nie było żadnej Łodzi, żadnego pogrzebu, żadnego kolegi.
Siedziałam z tabletem na kolanach chyba dwadzieścia minut, nie ruszając się. Herbata wystygła. Kot wskoczył na kanapę i trącił mnie łbem, a ja nawet tego nie poczułam.
Potem zaczęłam liczyć. Te sobotnie wyjazdy – od kiedy? Od września zeszłego roku. Dziesięć miesięcy. Raz w miesiącu, czasem dwa. A wcześniej? Wcześniej był ten wyjazd do sanatorium w Kołobrzegu, z którego wrócił dziwnie zadowolony. To było półtora roku temu.
Wyjęłam z szuflady notes i zaczęłam spisywać daty, które pamiętałam. Soboty, kiedy wyjeżdżał. Co mówił. Pogrzeb Tadka – to było w październiku. Urodziny Wicka – w listopadzie. Spotkanie rocznikowe – grudzień, styczeń, luty. Ile z tych spotkań było prawdziwych?
Zadzwoniłam do Krysi, mojej koleżanki z apteki. Nie dlatego, że chciałam się żalić –