Córka zaprosiła mnie na tydzień nad morze, „żebyśmy w końcu pobyły razem”. Przez pięć dni ani razu nie usiadłyśmy we dwie – ja z wnukami na plaży od rana, ona z mężem wracała opalona dopiero na kolację.
Gdyby ktoś mnie zapytał w niedzielę, kiedy rozkładałam walizki po powrocie, czy żałuję tego wyjazdu – nie umiałabym odpowiedzieć. I do dzisiaj nie umiem.
Natalia zadzwoniła pod koniec maja. Radosna, rozbiegana, tak jak zawsze, kiedy czegoś od kogoś chciała. Znałam ten ton od trzydziestu pięciu lat – od kiedy jako mała dziewczynka podchodziła do mnie z głową przekrzywioną na bok i mówiła: “Mamusiu, a mogłabyś…”. Teraz powiedziała to samo, tylko innymi słowami.
– Mamo, wynajęliśmy domek w Jastarni. Tydzień, od soboty do soboty. Pojedziesz z nami?
Nie spytała, czy mam plany. Nie spytała, czy dojadę z Bydgoszczy, choć to kawał drogi. Dodała tylko zdanie, które później przewracałam w głowie jak kamyk w kieszeni:
– Żebyśmy w końcu pobyły razem. Bo kiedy ostatnio tak naprawdę porozmawiałyśmy?
I właśnie to mnie przekonało. Bo miała rację. Od kiedy przeszłam na emeryturę trzy lata temu, spotykałyśmy się głównie na obiadach niedzielnych. Natalia przywoziła Olka i Zuzię, Damian siadał przed telewizorem, ja kręciłam się między kuchnią a pokojem, podawałam rosół, zbierałam talerze – a potem oni jechali do siebie do Torunia, a ja zostawałam z ciszą i brudnymi garnkami. Obiecywałyśmy sobie dłuższą rozmowę przy herbacie, ale nigdy na nią nie starczało czasu.
Więc spakowałam letnią sukienkę, krem z filtrem, tę nową książkę, którą kupiłam w marcu i wciąż nie otworzyłam, i wsiadłam w pociąg.
Pierwszy dzień wyglądał niewinnie. Przyjechałam koło drugiej, domek ładny, z małym tarasem, dwa pokoje plus salon z aneksem. Wnuki rzuciły mi się na szyję, Natalia postawiła kawę, Damian wyniósł mi walizkę do pokoju. Wieczorem siedzieliśmy na tarasie, Olek łapał motyle, Zuzia rysowała mi kotka na kartce. Pomyślałam: dobrze, że przyjechałam.
W poniedziałek rano Natalia wsunęła głowę do mojego pokoju.
– Mamo, my z Damianem skoczymy na chwilę do Helu. Zostawię ci dzieci, dobrze? Na plaży jest cudownie, weź im te nowe wiaderka.
Wzięłam wiaderka. Budowałam z wnukami zamki z piasku, pilnowałam Olka, żeby nie wchodził za głęboko, smarowałam Zuzię kremem co godzinę, bo jest delikatna jak Natalia w jej wieku. Wrócili koło piątej, oboje opaleni, w dobrych humorach. Natalia miała na nosie nowe okulary przeciwsłoneczne.
– Było super. Jutro idziemy razem na plażę – obiecała.
We wtorek poszli “tylko na godzinkę” do restauracji rybnej w porcie. Godzinka zamieniła się w pięć godzin. Zadzwoniłam koło trzeciej, bo Zuzia rozbiła kolano na falochronie i płakała tak, że nie mogłam jej uspokoić.
– Mamo, daj jej loda i za chwilę wracam – powiedziała Natalia.