Syn poprosił, żebym podpisała jeden papier w banku – “tylko formalność”. Tłumaczył, że sam wszystko spłaci, że mnie to nie dotyczy. Dwa lata później listonosz przyniósł mi wezwanie do zapłaty na kwotę, której nie byłam w stanie nawet wymówić.
List przyszedł we wtorek, koło południa. Akurat nastawiałam rosół na jutro, bo w środę miała przyjechać moja siostra Krystyna z Torunia, a ona bez rosołu nie siada do obiadu od pięćdziesięciu lat.
Pan Heniek zadzwonił domofonem, powiedział, że ma polecony, że muszę zejść. Zeszłam w fartuchu, z mąką na rękach.
Koperta była biała, gruba, z logo banku. Podpisałam odbiór, wróciłam na górę. Położyłam list na stole i wróciłam do kuchni, bo nie chciałam, żeby mi się rosół przegotował. Dopiero po jakichś dwudziestu minutach, kiedy zdjęłam garnek z gazu, usiadłam i rozcięłam kopertę nożem do chleba.
Przeczytałam pierwszą stronę. Potem drugą. Potem odłożyłam okulary i patrzyłam w okno.
“Wezwanie do zapłaty” – tak to się nazywało. “W związku z poręczeniem udzielonym na rzecz Grzegorza Kowalczyka, wzywamy do uregulowania zaległości w wysokości sześćdziesięciu jeden tysięcy trzystu dwudziestu złotych i czterdziestu siedmiu groszy.”
Czterdzieści lat przepracowałam w zakładzie krawieckim przy Kilińskiego we Włocławku. Szyłam koszule, szyłam spódnice, przy końcu – głównie poprawki, bo zakład ledwo zipał. Emerytura, którą dostaję teraz, wystarcza na opłaty, leki i jedzenie, jeśli uważam. Sześćdziesiąt jeden tysięcy to dla mnie była suma z innego świata.
Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do syna. Nie odebrał. Napisałam esemes: “Grzesiu, zadzwoń, jak będziesz mógł”. Odpisał po godzinie: “Mamo, jestem w trasie, oddzwonię wieczorem”. Nie oddzwonił. Ani tego wieczoru, ani następnego dnia.
Krystyna przyjechała w środę. Jadłyśmy rosół, ona opowiadała o wnukach, o tym, że Jolka znowu się rozwodzi, że Tomek zdał na studia w Bydgoszczy. Ja kiwałam głową i myślałam tylko o tej kartce, która leżała w szufladzie pod serwetkami. Nie powiedziałam jej nic. Nie chciałam jeszcze wpuszczać tego w dom.
Grzegorz oddzwonił w piątek. Powiedział, że w sobotę przyjedzie. Że porozmawiamy.
W sobotę rano pomalowałam usta – tak z przyzwyczajenia, bo kiedy syn przyjeżdża, zawsze się trochę ogarniam. Nastawiłam wodę na herbatę, wyjęłam sernik, który upiekłam w piątek. Przyjechał sam, bez Magdy, bez Zuzi. To mi od razu nie pasowało, bo od trzech lat Zuzia zawsze z nim przyjeżdżała.
Wszedł do kuchni, pocałował mnie w czoło. Zobaczyłam, że schudł. Miał spodnie, które dwa lata temu leżały na nim normalnie, a teraz wisiały. Twarz szarą. Siwiejące włosy. Trzydzieści dziewięć lat, a wyglądał jak mój rówieśnik z podstawówki.
Usiadł przy stole. Nalałam mu herbaty. Podałam sernik. Nie jadł.
“Grzesiu” – powiedziałam. “Przyszedł list z banku.”
Kiwnął głową. Długo patrzył w herbatę. Potem powiedział, cicho, jakby zawstydzony przed samym sobą:
“Wiem, mamo. Mnie też przyszły. Trzy miesiące temu. Pięć miesięcy temu. Dziewięć miesięcy temu. Przestałem otwierać.”
Siedziałam naprzeciwko niego i czułam, jak mi się robi zimno w stopach.
“Grzesiu, co się stało?”
I wtedy mi opowiedział. Po kawałku, bez pośpiechu, bo widziałam, że mówi to pierwszy raz komuś na głos. Kiedy dwa lata temu brał ten kredyt, firma szła dobrze. Miał jednego busika, robił przewozy – meble, sprzęt, czasem przeprowadzki.
Jeździł głównie dla dwóch firm z Włocławka i jednej z Torunia. Zleceń było tyle, że odmawiał. Drugi busik miał być szansą – większy, do cięższych ładunków. Wziął kredyt, kupił. Ja poręczyłam, bo bank chciał poręczyciela na taką kwotę, a Magda była wtedy na urlopie macierzyńskim z drugim dzieckiem, nie miała dochodu.
Pierwszy rok szło. Drugi rok – jedna z firm, która mu dawała najwięcej zleceń, zatrudniła własnego kierowcę z busem. Odpadło pięćdziesiąt procent pracy. Potem paliwo poszło w górę. Potem druga firma zaczęła płacić po trzech miesiącach zamiast po miesiącu. On zaczął nadrabiać. Brał zlecenia okazjonalne, jeździł po nocach, opuszczał dom w niedzielę wieczorem, wracał w piątek nad ranem.
Przez pół roku spłacał raty z oszczędności. Potem z karty kredytowej. Potem z pożyczki w innym banku, którą wziął, żeby spłacić tę pierwszą ratę, której nie miał.
“Mamo” – powiedział. “Ja wiedziałem, że to głupie. Wiedziałem od początku. Ale myślałem, że jeszcze miesiąc, jeszcze dwa, że coś się odwróci. Że wejdzie duże zlecenie. Że znajdę coś stałego. A potem już było tyle długów, że nie wiedziałem, jak to powiedzieć.”
“Magda wie?”