Było deszczowe popołudnie w listopadzie 2011 roku, kiedy zadzwonił telefon Margaret Hayes.
Prawie nie odebrała – w końcu większość połączeń pochodziła od telemarketerów albo z niewłaściwych numerów.
Ale kiedy odebrała, drżący głos powiedział:
„Pani Hayes? Tu detektyw Alan Brooks z wydziału policji w Willow Creek. Proszę usiąść”.
Serce zabiło jej mocniej.
„My… otrzymaliśmy coś. Kopertę. Brak adresu zwrotnego. W środku było zdjęcie – i myślę, że zechcesz je zobaczyć.”
Margaret zaparło dech w piersiach. „Jaki rodzaj zdjęcia?”
Zawahał się. „To… trzy osoby. Nastolatki, może najwyżej dwadzieścia. Stoją przed małym domkiem w Arizonie. Ale rzecz w tym, pani Hayes… wyglądają dokładnie tak, jak wyglądałyby pani dzieci dzisiaj”.
Telefon wypadł jej z ręki.
Przez trzydzieści lat żyła pomiędzy wiarą a rozpaczą — i teraz trzy twarze nagle wprawiły jej świat w ruch.
Zdjęcie
Następnego ranka siedziała na stacji i drżącymi palcami wpatrywała się w wyblakłe kolorowe zdjęcie.
Oto byli – dwóch chłopców i dziewczynka, ich twarze były niepokojąco znajome.
Te same zielone oczy. Te same dołeczki. To samo małe znamię po lewej stronie brody dziewczynki – zupełnie jak u jej córki Elli.
To nie mógł być przypadek.
Jej głos zadrżał. „Skąd to się wzięło?”
Detektyw Brooks rozłożył ręce. „Jeszcze nie wiemy. Został wysłany anonimowo z Albuquerque. Znaczek jest lokalny. Brak odcisków palców”.
„Więc…” Głos Margaret się załamał. „Żyją?”
Brooks westchnął. „Nie wiemy na pewno. Zdjęcie może być stare — albo zmanipulowane. Ale zbadamy każdy trop”.
Margaret pochyliła się do przodu. „Proszę, detektywie. Tym razem proszę się nie zatrzymywać. Nie pozwól im znowu zniknąć”.
Śledztwo wznawia się.
FBI dołączyło do sprawy w ciągu kilku tygodni. Analiza cyfrowa ustaliła datę wykonania zdjęcia na około 2008 rok — trzy lata wcześniej.
Zdjęcie zostało zrobione jednorazowym aparatem Kodak – popularnym na stacjach benzynowych. Za dziećmi wisiał drewniany napis: „Witamy w Ridgeview w Arizonie”.
Agenci przeszukali bazy danych osób zaginionych, rejestry adopcyjne i rejestry szkolne.
Znaleźli coś przerażającego – mały sierociniec, niegdyś zwany Domem dla Dzieci św. Heleny, położony zaledwie pięć mil od tła zdjęcia.
Jednak w 1992 roku St. Helena spłonęła.
Wszystkie jej dokumenty rzekomo uległy zniszczeniu.
Tak było do czasu, gdy archiwista w Phoenix odkrył pudełko z błędnie napisanymi datami „1979–1985”. Wewnątrz znajdowały się formularze adopcyjne — niektóre autentyczne, niektóre ewidentnie sfałszowane.
Jeden plik zatrzymał agenta.
Troje dzieci – „Eli, Erin i Evan Porter” – adoptowanych razem w 1982 roku przez bogate małżeństwo farmerów z Teksasu.
Akty urodzenia? Fałszerstwa.
Odciski palców? Dopasowane częściowe odciski palców pobrane z domu Hayesów w 1981 roku.
To byli oni. Trojaczki Hayes.
Ranczo
Na początku 2012 roku władzom udało się odnaleźć parę, która adoptowała trojaczki — Jamesa i Margaret Porter, oboje już nieżyjący.
Jednak ich ranczo, Silver Creek Farm, wciąż działało, a zarządzał nim ich jedyny biologiczny syn, Lucas Porter, który ma obecnie 48 lat.
Kiedy przybyło FBI, Lucas był chętny do współpracy — wręcz zbyt chętny.
Twierdził, że rodzice zawsze mówili mu, że jego adoptowane rodzeństwo to sieroty z Chicago.
„Byli wspaniałymi dzieciakami” – powiedział. „Dorastaliśmy razem, aż… no cóż, aż uciekli, gdy mieli szesnaście lat”.
„Uciekłeś?” powtórzył agent.