Telefon, który przerwał wieczorną ciszę
Telefon zadzwonił dokładnie o dziesiątej wieczorem. Na ekranie pojawił się nieznany numer.
— Halo?
— Dzień dobry. Czy rozmawiam z żoną Marka Duvala?
— Tak. Co się stało?
— Pani mąż jest w szpitalu. Izba przyjęć. Szpital Miejski nr 1. Proszę przyjechać.
Serce zapadło mi się gdzieś głęboko, jakby podłoga nagle zniknęła spod nóg.
— Co z nim?
— Proszę przyjechać. Lekarz wszystko wyjaśni.
Połączenie zostało przerwane.
Złapałam torebkę, klucze i kurtkę. Zamówiłam taksówkę. W głowie miałam pustkę, szum i jedną myśl, która uderzała w skronie: Marek. Szpital. Co się stało?
Godzinę wcześniej napisał tylko: „Jestem na zebraniu. Wrócę późno”.
Zebranie.
W szpitalnym korytarzu
Szpital przywitał mnie zapachem chloru i głuchą ciszą. Izba przyjęć, długi korytarz, ludzie siedzący na ławkach — zmęczeni, zagubieni, czekający na wiadomości, których nikt nie chce usłyszeć.
Podeszłam do okienka.
— Dzień dobry. Dzwoniono do mnie. Marek Duval. Gdzie on jest?
Pielęgniarka szybko spojrzała w komputer.
— Lekarz jest teraz z nim. Proszę usiąść.
— Co mu jest?
— Lekarz wszystko powie.
Usiadłam. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że musiałam spleść palce, żeby nikt tego nie zauważył.
Po dwudziestu minutach z gabinetu wyszedł lekarz. Młody, około trzydziestu pięciu lat, z twarzą człowieka, który zbyt często przekazuje trudne wiadomości.
— Rodzina pana Duvala?
Wstałam gwałtownie.
— Ja. Żona. Co z nim?
— Zawał serca. Stan został ustabilizowany. Pacjent jest teraz na oddziale intensywnej terapii.
Nogi ugięły się pode mną. Musiałam oprzeć się o ścianę.
— Zawał?
— Tak. Na szczęście trafił do nas na czas. Rokowania są ostrożne, ale szanse są dobre.
— Czy mogę go zobaczyć?
— Później. Teraz nie.
Lekarz już miał odejść, ale zatrzymałam go jeszcze jednym pytaniem.
— Doktorze… kto go przywiózł? Był przecież w pracy.
Lekarz zmarszczył brwi.
— Był z żoną. Młodą kobietą. Siedzieli w kawiarni, gdy źle się poczuł. To ona wezwała karetkę i przyjechała z nim.
Czas jakby się zatrzymał.
— Z żoną?
— Tak się przedstawiła. Wyjechała jakieś czterdzieści minut temu.
Poczułam, że brakuje mi powietrza.
— Ja jestem jego żoną.
Lekarz spojrzał na mnie zaskoczony.
— Słucham?
— Anna Duval. Jesteśmy małżeństwem od piętnastu lat.
Zapadła ciężka cisza. Lekarz spuścił wzrok.
— Przepraszam. Nie wiedziałem.
Odszedł, a ja zostałam sama na środku szpitalnego korytarza.
Piętnaście lat małżeństwa
Piętnaście lat byłam przekonana, że jesteśmy rodziną. Marek pracował w dużej firmie budowlanej jako główny inżynier. Często zostawał do późna. Zebrania, budowy, kontrole — te słowa przez lata tłumaczyły każdą jego nieobecność.
Ja pracowałam jako księgowa. Wracałam wcześniej, gotowałam kolację, patrzyłam na zegar i czekałam.
Nie mieliśmy dzieci. Nie udało się. Z czasem pogodziliśmy się z tym, przynajmniej tak myślałam. Żyliśmy we dwoje — cicho, spokojnie, bez wielkich deklaracji, ale też bez katastrof.
Wierzyłam, że tak już zostanie.
A teraz ktoś obcy powiedział mi, że mój mąż był w kawiarni z młodą kobietą, która przedstawiła się jako jego żona.
Ona była obok, kiedy dostał zawału. A ja dowiedziałam się ostatnia.