Na siódmym piętrze prywatnej kliniki panowała dziwna cisza.
Tylko jednostajny dźwięk kardiomonitora przerywał przytłaczającą ciszę korytarza. Nieskazitelne, zimne, białe ściany odbijały kliniczne światło, które zdawało się pochłaniać całe ludzkie ciepło.
W pokoju 708 Hanh leżał na szpitalnym łóżku.
Jej twarz była blada, niemal przezroczysta. Cienki pasek bandażu otaczał jej szyję, niedawny ślad po delikatnej operacji usunięcia guza tarczycy , którą właśnie przeszła .
Jej powieki drżały.
Potem powoli odzyskiwała przytomność.
Palił ją w gardle. Każdy oddech sprawiał ból. Ale to nic w porównaniu z dziwnym uczuciem, jakie czuła… jakby ktoś ją obserwował.
Lekko obróciła głowę.
I zobaczyłem to.
Khai.
Jej mąż.
Stał u stóp łóżka, idealnie wyprostowany, ubrany w nienaganny, ciemny garnitur. W dłoniach trzymał gruby plik papierów .
Gdy zauważył, że otwiera oczy, nie okazał ani ulgi, ani zaniepokojenia.
Po prostu niecierpliwość.
„Nie śpisz?” – zapytał beznamiętnie.
Poklepał papiery.
„Doskonale. Podpisz tutaj”.
Hanh mrugnął, zdezorientowany.
Jego głos był słaby, prawie niesłyszalny.
– ” Co… ? “
Spojrzała na papiery.
— „Co to jest?”
Khai podszedł i położył dokumenty na stoliku na kółkach obok łóżka.
Reszta na następnej stronie