Zadzwoniła koleżanka męża z biura, znamy się z firmowych wigilii. Chciała zapytać, jak się czuję, bo mąż wziął trzy dni wolnego – powiedział, że żona leży w szpitalu. W szpitalu nie byłam.
– Lucyna, cześć, tu Magda z biura Bogdana. Słuchaj, nie chciałam dzwonić, żeby nie przeszkadzać, ale tak się martwię. Bogdan mówił, że leżysz w szpitalu. Jak się czujesz?
Stałam w kuchni, trzymałam w ręce obierany ziemniak i nóż, a na kuchence gotował się rosół. Zwykły środowy obiad. Zwykły środowy dzień.
– Dzięki, Magda, to miłe – powiedziałam. – Wszystko w porządku.
Nie wiem, jak brzmiał mój głos, ale Magda chyba niczego nie wyczuła, bo jeszcze powiedziała coś o tym, że mam odpoczywać i że wszyscy w firmie trzymają kciuki, i się rozłączyła. A ja stałam z tym ziemniakiem i nożem, i patrzyłam na garnek z rosołem, który kipił już drugą minutę.
Bogdan wyszedł rano jak co dzień. Białą koszulę, tę w drobne niebieskie paski, wziął z wieszaka w przedpokoju. Buty, kurtka, aktówka. O siódmej trzydzieści zamknął drzwi. Tak samo w poniedziałek. Tak samo we wtorek.
Pracował w dziale logistyki w firmie transportowej przy Toruńskiej, od piętnastu lat. Jeździł tramwajem numer dwa, wysiadał na trzecim przystanku. Wracał między piątą a szóstą, w zależności od korków i od tego, czy wstąpił po drodze po chleb. W poniedziałek wrócił o piątej dwadzieścia. We wtorek o piątej czterdzieści. Był zmęczony, jak zwykle, jadł kolację, oglądał wiadomości, szedł spać.
Tyle że od poniedziałku nie był w żadnym biurze. Wziął trzy dni wolnego, bo żona leży w szpitalu.
A żona stała w kuchni i obierała ziemniaki na rosół.
Wyłączyłam gaz. Odłożyłam nóż. Usiadłam przy stole, na tym samym krześle, na którym siedzę od dwudziestu siedmiu lat, odkąd wprowadziliśmy się do tego mieszkania na Kapuściskach.