Albo zgodzisz się na zamianę, albo rozwalisz tę rodzinę” — usłyszałam od Marka przy kuchennym stole, a jego matka siedziała obok i patrzyła na mnie tak, jakbym już przegrała. Wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o żadne dobro rodziny. Chodziło o to, żebym się ugięła.
Mieliśmy z Markiem mieszkanie po mojej babci. Małe, ale nasze. W samym centrum. Wszystko było zapisane tak, żeby kiedyś przeszło na naszą córkę, Zosię. To był jedyny pewny grunt pod nogami, jaki miałam. Teściowa, Danuta, od miesięcy powtarzała, że powinniśmy zamienić się z nią na większe mieszkanie na obrzeżach, bo jej „należy się wygoda”, bo „jest starsza”, bo „rodzina musi sobie pomagać”. Brzmiało to pięknie. Tylko że jej mieszkanie było zadłużone, wymagało remontu, a wokół tej całej propozycji było za dużo niedomówień.
„Przesadzasz, Anka” — mówił Marek. „Mama chce dobrze”.
Spojrzałam wtedy na niego i zapytałam wprost:
— Dobrze dla kogo?
Nie odpowiedział.