– Ile jeszcze będziemy cię utrzymywać? – usłyszałam z dużego pokoju i na chwilę zamarłam z kubkiem w ręce.
To nie był głos obcego człowieka. To był głos mojego męża, Pawła. Mówił do swojej matki przez telefon, ale wcale się nie ściszał. Jakby chciał, żebym usłyszała. Jakby już nie było sensu udawać.
– Ja już nie mam siły. Siedzi w domu, snuje się, obrażona na cały świat. Z czegoś trzeba żyć.
Kubek wyślizgnął mi się z dłoni i roztrzaskał o kafelki. Paweł wszedł do kuchni po sekundzie, spojrzał na mnie i nawet nie drgnął.
– No i super. Jeszcze tego brakowało.
Patrzyłam na niego i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie przez ten kubek. Przez te wszystkie miesiące, kiedy próbowałam skleić nasze życie po jego zwolnieniu z magazynu, po ratach, po awanturach o prąd, po liczeniu drobnych na zakupy w Biedronce.
To ja pierwsza poszłam sprzątać klatki w blokach, choć wstyd mnie palił. To ja brałam dodatkowe godziny w osiedlowej piekarni. To ja odkładałam sobie lekarza, bo Zuzia potrzebowała butów na zimę. A on dziś powiedział „utrzymywać cię”, jakbym była obca.
– Utrzymywać? – zapytałam cicho. – Ty to serio powiedziałeś?
Westchnął ciężko, jakbym znowu robiła problem z niczego.
– Bo wszystko wyolbrzymiasz, Aneta. Matka pytała, co u nas. To jej powiedziałem.
– Że jestem ciężarem?
– Że jest ciężko. I że nie da się wiecznie żyć sentymentami.
Słowo „sentymenty” zabolało mnie bardziej niż krzyk. Bo nagle zrozumiałam, że dla niego nasze małżeństwo, te siedemnaście lat, wspólne noce przy gorączce Zuzi, moje pożyczki od siostry, żeby miał na paliwo do pracy, to były właśnie sentymenty. Coś miękkiego, niepraktycznego. Coś, co można wyrzucić, kiedy zaczyna przeszkadzać.
Najgorsze przyszło wieczorem.
Zuzia siedziała w swoim pokoju i udawała, że się uczy. Udawała, bo słyszała wszystko. Ja składałam pranie, a Paweł nagle powiedział, nie patrząc na mnie:
– Dzwoniła do mnie Ilona. Jest robota w Poznaniu. Magazyn, normalna umowa. Ale musiałbym tam pomieszkać.
Poczułam ulgę. Naprawdę. Przez sekundę.
– To dobrze – powiedziałam. – Jakoś damy radę. Będziesz zjeżdżał na weekendy.
On wtedy podniósł wzrok.
– Nie o to chodzi. Ilona ma mieszkanie po babci. Powiedziała, że mogę się zatrzymać. Na dłużej. Bez komplikacji.
Bez komplikacji.
Tak nazwał mnie i nasze dziecko.
– Kim jest Ilona? – zapytałam, choć już wiedziałam.
Paweł milczał chwilę, a potem wzruszył ramionami.
– Kimś, kto mnie nie dobija, tylko rozumie.
Nie pamiętam, czy pierwsza zaczęłam krzyczeć, czy się rozpłakałam. Pamiętam za to twarz Zuzi w drzwiach. Biała, napięta. Miała szesnaście lat, a patrzyła wtedy jak ktoś dużo starszy.
– Tato, ty serio odchodzisz? – zapytała.
On odwrócił głowę.