Gdy drzewo osiągnęło dojrzałość, wydało więcej owoców, niż mogłem kiedykolwiek zjeść.
Robiłam ciasta, mus jabłkowy i cydr.
Napełniałam papierowe torby dla sąsiadów i nosiłam pudła do pracy.
Dzieci na ulicy pukały i pytały, czy mogą wziąć jedno.
Zawsze mówiłem, że tak.
Drzewo stało się integralną częścią okolicy.
Pozostał także jedną z ostatnich istot żywych, których dotknął Dean.
Wszystko się zmieniło, gdy Ryan wprowadził się do sąsiedniego domu.
Przybył w marcu, jadąc czarnym SUV-em i mając na sobie okulary przeciwsłoneczne, mimo zachmurzonego nieba.
W pierwszym tygodniu wymienił skrzynkę pocztową.
W drugim tygodniu usunął wszystkie kwiaty z ogródka przed domem i zastąpił je białym żwirem.
W trzecim tygodniu zapukał do moich drzwi.
Kiedy otworzyłam, niosłam kosz na pranie.
„Czy mogę w czymś pomóc?”
Spojrzał ponad moim ramieniem w stronę podwórka.
„Jestem Ryan. Twój sąsiad.”
„Mam na imię Sloane. Miło mi cię poznać.”
Odpowiedział nagle: „Tak, znam cię”.
Coś w tej odpowiedzi mnie zaniepokoiło.
Wskazał na płot.
„Musimy porozmawiać o twoim drzewie.”
Uśmiechnąłem się.
„Jabłoń? Jest piękna, prawda?”
„Nie. To psuje wygląd nieruchomości.”
Szczerze mówiąc, myślałem, że żartuje, więc czekałem, aż się zaśmieje.