Przy gościach córka opowiadała, jak wszystko sobie w domu organizują. Zapytana, kto pomaga jej z dziećmi, machnęła ręką: „Mama zawsze może przyjechać, ona przecież nie ma innych planów.”
Ania się nie obraziła. Powiedziała „okej” takim tonem, jakim mówi się „okej” do koleżanki z pracy, nie do matki. Rozłączyła się szybko. Wieczorem dostałam SMS-a od Dariusza: „Proszę Pani, Ania trochę się zmartwiła. Wszystko w porządku ze zdrowiem?” Odpisałam: „Zdrowie dobre. Pozdrawiam.” I poczułam się dziwnie lekko.
W poniedziałek zapisałam się na kurs ceramiki. We wtorek zadzwoniłam do Bożeny i zapytałam, czy ta wycieczka do Budapesztu jeszcze wchodzi w grę. Weszła – w maju. W środę kupiłam nowy storczyk i postawiłam go na parapecie w kuchni. W czwartek pierwszy raz od lat zjadłam obiad w restauracji. Sama. Rosół i kotlet schabowy, jak u Henryka na imieninach. Kelnerka zapytała, czy na kogoś czekam. Powiedziałam: „Nie, na nikogo.”
Ania zadzwoniła dopiero po tygodniu. Rozmowa była krótka i chłodna. Powiedziała, że Dariusz wziął urlop, żeby ogarnąć dzieci. Że nie było łatwo. Że mogłam uprzedzić wcześniej.
– Aniu, ja cię kocham – powiedziałam. – Ale ja nie jestem zapasowym rodzicem twoich dzieci. Jestem babcią. To co innego.
– Mamo, ale ty zawsze przyjeżdżałaś.
– No właśnie.
Znowu cisza. Potem Ania powiedziała coś, co mnie zabolało bardziej niż tamto zdanie przy kolacji:
– To my ci przeszkadzamy?
Nie umiałam jej wytłumaczyć, że nie przeszkadza. Że kocham Olka i Zosię tak bardzo, że czasem w nocy oglądam ich zdjęcia na telefonie. Że brakuje mi zapachu mleka i mokrych skarpetek na kaloryferze. Ale że ja – Krystyna, sześćdziesiąt dwa lata, wdowa, emerytka – też jeszcze chcę żyć. Nie tylko pomagać żyć innym.
Minęły trzy tygodnie. Pojechałam na kurs ceramiki, ugniotłam pierwszy kubek, krzywy jak moje życie. Bożena przysłała zdjęcia hotelu w Budapeszcie. Halina zaciągnęła mnie na aqua aerobik w basenie na Czyżynach – wyszłam mokra, zmęczona i tak zadowolona z siebie, że kupiłam sobie po drodze pączka.
Ania nie dzwoniła.
W sobotę wieczorem, kiedy czyściłam glinę spod paznokci, telefon zawibrował. SMS od Ani. Bez tekstu – tylko zdjęcie. Olek trzymał kartkę z rysunkiem: dom, ogród, a w środku duża postać z napisem „BABCIA”. Pod spodem jego chwiejnym pismem: „Kiedy przyjedziesz?”
Siedziałam z tym telefonem w ręku chyba dziesięć minut. Potem odpisałam: „Niedługo, kochanie. Ale najpierw babcia musi skończyć kubek.”
Nie wiem, czy Ania zrozumiała, o jaki kubek chodzi. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek zrozumie, że to nie był kubek. Że matka to nie sejf awaryjny, który się otwiera, kiedy nic innego nie działa. Że emerytura to nie poczekalnia na czyjeś telefony.
Ale kubek wyszedł naprawdę ładnie. Krzywy, ale ładny. Postawiłam go na półce w kuchni, obok zdjęcia Henryka, i pomyślałam: to mój pierwszy plan od lat, który dotyczył tylko mnie.
I nie wiem jeszcze, czy mam się z tego cieszyć, czy wstydzić.