– Więc chcę, żebyś to łóżko jutro postawiła z powrotem w moim pokoju.
Zapadła cisza. Darek siedział w kuchni, słyszałam, jak mieszał łyżeczką w kubku – ciągle, bez przerwy, takie jego nerwowe. Anka odłożyła widelczyk.
– Mamo. Jeśli Darek nie będzie miał gabinetu, to będziemy musieli się wyprowadzić. A nie mamy dokąd. Wynajem w Warszawie to trzy i pół tysiąca za kawalerkę.
Znów to poczułam. Ten skurcz pod mostkiem, który miałam za każdym razem, kiedy Anka używała na mnie argumentu bezradności. Bo co miałam odpowiedzieć? „Wyprowadźcie się, radźcie sobie”? Własnej córce? Matka tak nie mówi – przynajmniej tak mnie wychowano. Moja mama by się w grobie przewróciła.
Ale moja mama nigdy nie spała na rozkładanej kanapie we własnym salonie.
Nie odpowiedziałam tamtego wieczoru. Zjadłam sernik, wypiłam herbatę, rozłożyłam tę nową kanapę w salonie. Była wygodna, trzeba przyznać. Anka dobrze wybrała. Leżałam na niej i patrzyłam w sufit, na którym Staszek dwadzieścia lat temu sam montował lampę. Żyrandol z trzema kloszami. Jeden pęknięty, sklejony na Super Glue.
Myślałam o tym, że gdyby Staszek żył, nikt by nawet nie śmiał ruszyć tego łóżka. Nie dlatego, że był szorstki czy groźny – po prostu przy nim pewne rzeczy były jasne bez mówienia. A teraz nie było nikogo, kto by za mnie powiedział: „To jest jej dom”.
Rano wstałam wcześnie. Zaparzyłam kawę, usiadłam przy kuchennym stole. Kiedy Darek wyszedł do łazienki, weszłam do pokoju, który jeszcze tydzień temu był mój. Biurko stało solidnie, monitory podłączone, na ścianie Darek przyczepił listwę na kable. Na parapecie obok monitora stał jeden mój fiołek – chyba zapomniał go wynieść, albo nie zmieścił. Kwiat był suchy, ziemia spękana.
Podlałam go. Stałam z kubkiem w jednej ręce i dzbankiem w drugiej, w pokoju, który pachnął obcym mężczyzną, i myślałam: co ja teraz zrobię?
Bo odpowiedzi były tylko dwie. Powiedzieć „wynoście się” – i patrzeć, jak córka płacze, jak wyprowadza się do wynajętej kawalerki, jak dzwoni coraz rzadziej, jak na Wigilię mówi „w tym roku u teściów”. Albo powiedzieć „dobrze, zostaję w salonie” – i patrzeć, jak powoli znikam we własnym mieszkaniu, pokój po pokoju, półka po półce, aż zostanie mi kącik przy oknie i wspomnienie, że kiedyś tu było moje.
Wzięłam telefon. Wybrałam numer do Bożeny z drugiego klatki, tej od spółdzielni. Przez dwadzieścia minut słuchałam, jak mi tłumaczy, że prawo jest po mojej stronie, że to moje mieszkanie, że „dziecko dzieckiem, ale szacunek się należy”.
A potem zadzwoniła Anka. Krótko, z pracy, między spotkaniami.
– Mamo, jak spałaś na kanapie? Wygodna, prawda?
Milczałam. Fiołek na parapecie wyglądał, jakby jeszcze dało się go uratować, ale nie byłam pewna.
– Mamo? Jesteś?
– Jestem – powiedziałam. – Jestem u siebie.
I rozłączyłam się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Sama nie wiedziałam jeszcze, co to znaczy. Ale wiedziałam, że dzisiaj wieczorem albo postawię łóżko na swoim miejscu, albo stracę coś, czego już nigdy nie odzyskam.