Siedzieliśmy w kuchni, tykał zegar nad lodówką, ten sam, który kupiliśmy z Tadeuszem jeszcze przed jego zawałem. Sebastian patrzył w blat. Ja patrzyłam na niego.
“Mamo, ja oddam. Naprawdę. Tylko teraz taki miesiąc…”
“Wiem, Sebastian. Od trzech lat taki miesiąc.”
Wyszedł bez herbaty. Bez tych dwustu złotych, po które przyszedł.
Monika zadzwoniła wieczorem. Głos miała ostry jak wtedy, kiedy była nastolatką i myślała, że wszystko wie najlepiej.
“Mamo, co ty mu zrobiłaś? Wrócił do domu wściekły, mówi, że go obraziłaś.”
Powiedziałam jej. Wszystko. O zeszycie, o pożyczkach, o tym, że “Monika nie wie” było przy co drugim wpisie.
Cisza. Długa cisza w słuchawce.
A potem to zdanie, którego nie zapomnę do końca życia.
“Mamo, a ty wolisz pieniądze czy rodzinę?”
Nie odpowiedziałam od razu. Podeszłam do okna. Za szybą już było ciemno, paliły się latarnie, ktoś wychodził z psem. Zwykły wtorkowy wieczór w Olsztynie.
“Monika” – powiedziałam. “Ja wolę ciebie. Zawsze ciebie wolałam. Ale siedmiu tysięcy mi nie oddał ani razu, a ty mi teraz mówisz, że to ja jestem problemem.”
“Mamo, on się stara, on ma ciężką pracę…”
“Ma pracę. W zeszłym tygodniu przyszedł w nowym swetrze, dwieście złotych z metki jeszcze wystawało za kołnierzem.”
Rozłączyła się.
Siedziałam przy stole do późnej nocy. Patrzyłam na ten zeszyt, na te kolumny cyfr. Siedem tysięcy dwieście czterdzieści. Moja emerytura za sześć miesięcy. Moje “na czarną godzinę”. Moja poduszka, którą odkładałam, żeby Monika nie musiała się martwić, jak mnie zabraknie.
I pomyślałam sobie wtedy pierwszą spokojną myśl od trzech lat.
Wolę pieniądze.
Nie dlatego, że mniej kocham córkę. Dlatego, że te pieniądze to była moja praca, moje czterdzieści jeden lat za szybą w rejestracji, moje wstawanie o piątej rano, moje ręce, które teraz bolą od pisania tych wszystkich karteczek.
A zięć, który przez trzy lata przychodził i brał, i ani razu nie oddał, ani razu nie powiedział “dziękuję, mamo, nie wiem, jak ci się odwdzięczę” – ten zięć nie kochał rodziny. Kochał moją szufladę.
Rano zadzwoniłam do Moniki jeszcze raz. Powiedziałam krótko:
“Córeczko, ja was bardzo kocham. Ale pożyczać już nie będę. Jak Sebastian chce oddać – drzwi są otwarte. Jak nie chce – też są otwarte. Tylko że już nie dla pieniędzy.”
Nie odpowiedziała. Ale nie rozłączyła się od razu.
Minął miesiąc, potem drugi. Sebastian nie przychodzi. Monika zadzwoniła raz, na imieniny. Powiedziała “wszystkiego najlepszego, mamo” i że może wpadną z dzieckiem – bo Monika jest znowu w ciąży, piąty miesiąc, i tym razem ma być dobrze.
Zeszyt leży w szufladzie. Nie wyrzucam go. Nie dlatego, że czekam na zwrot. Dlatego, że chcę pamiętać, ile kosztuje milczenie.
Siedem tysięcy dwieście czterdzieści złotych.
I trzy lata, których nikt mi nie odda.