Antonina zacisnęła usta i milczała. Dawno już wiedziała, że złe słowa nie kończą się na wyjaśnieniach. Kończą się dopiero czynami. Albo wcale.
Następnego dnia wujek Wasil podszedł bliżej. Podniósł głos, tak że cały plac mógł go usłyszeć.
— Skąd bierzecie pieniądze na jedzenie dla dzieci ulicy? Czy to, co zarabiacie, nie wystarcza?
Antonina wzięła miskę i wyprostowała ją. Spojrzała prosto przed siebie.
— Z mojej pracy, Wasilu. Z tej samej pracy, z której ty bierzesz chleb.
Ludzie wokół niej zamilkli. Ktoś kaszlnął. Ktoś kupił ziemniaki. Życie toczyło się dalej.
Chłopcy wciąż przychodzili. Lato, jesień, zima. Antonina wkładała do ich paczek polentę, jajka na twardo, czasem kawałek mięsa. Niewiele, ale ciepłe. Kazała im myć ręce, żeby nie opuszczali szkoły. Nie wiedziała nawet, gdzie się uczą, ale była pewna, że się uczą. Poznała to po sposobie, w jaki mówili.
Pewnej wiosny już się nie pojawiały.
Mijały dni. Tydzień. Dwa.
Antonina ze ściśniętym gardłem patrzyła w stronę końca targu. Powtarzała sobie, że takie jest życie. Dzieci dorastają, odchodzą, gubią się. Ale coś ją bolało.
Po około miesiącu się dowiedziała. Sprzedawca powiedział jej, że piwnica na ulicy Fabricii została zamknięta. Dzieci zabrała opieka społeczna.
Antonina płakała w domu, w ciemności. Potem otarła oczy i następnego dnia poszła na targ. Musiała żyć.
Mijały lata.
Antonina się zestarzała. Odeszła od targu, sprzedawała rzadzi