Aż do wieczora, kiedy przyszedł, żeby przynieść jej młotek.
— Mówiłem ci, że go przyniosę, prawda? — zażartował.
Ale nie odszedł od razu. Stał w drzwiach, wpatrując się w nią przez długi czas tymi samymi oczami, które sprawiały, że zapominała, gdzie jest.
— Alina… wiesz, że zasługujesz na więcej, prawda?
Czuła, jak grunt usuwa jej się spod stóp.
— Co masz na myśli?
— Ten Sorin… nie łowi ryb. Jest w Pitesti, z kobietą. Jestem jego hydraulikiem od jakiegoś czasu. Dziś wezwano mnie do naprawy rury w jej mieszkaniu. I widziałam ich razem.
Alina poczuła, jak powietrze zastyga jej w piersi.
— Jesteś pewna? — wyszeptała.
— Wolałabym nie. Ale tak.
Cisza, która nastąpiła, była ciężka jak ołów. Alina osunęła się na krzesło, a jej oczy napełniły się łzami. Wszystko wokół niej rozpadało się w pył.
Mihai podszedł powoli, bez słowa położył jej dłoń na ramieniu. Nie unikała go już. Płakała bezgłośnie, a on stał obok niej, jak człowiek, który wie, co znaczy ból.
Następnego ranka Alina wpatrywała się w młotek leżący na stole. Ten banalny przedmiot odmienił jej życie. Wraz z nim upadło kłamstwo, ale narodziła się odwaga.
Otworzyła okno, głęboko zaczerpnęła chłodu zimnego, jesiennego powietrza i uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna jej uśmiech był szczery.
Bo w końcu zrozumiała: czasami życie uderza jak młot — mocno, niespodziewanie, ale koniecznie. Aby zerwać łańcuchy, które cię zniewalają i pozwolić ci znów oddychać.