Rata przychodziła co miesiąc jak pociąg: punktualnie i bezlitośnie. Z emerytury zostawało Danucie tyle, że liczyła każdy grosz. Zakupy robiła w poniedziałki, kiedy jogurty miały żółte naklejki z obniżoną ceną.
Zrezygnowała z sanatorium, na które czekała dwa lata. Odłożyła naprawę kranu w łazience, bo hydraulik chciał dwieście złotych, a ona nie miała dwustu złotych.
Koleżanka Jadźka, z którą przez trzydzieści lat pracowała na zmianach, zaprosiła ją na wycieczkę do Zakopanego.
– Nie mogę, kolano – skłamała Danuta.
Kolano było dobre. Portfel nie.
Po roku sprawa firmy Łukasza ucichła zupełnie. Nie mówił o busach, zleceniach ani pieniądzach. Ona też nie pytała.
Udawała, że rata to jej sprawa, jej decyzja, jej odpowiedzialność. A w głowie kręciło się jedno zdanie, w kółko jak zdarta płyta: on odda. Na pewno odda. Może nie teraz, ale odda.
Przecież to jej syn.
Na święta Łukasz przyjechał nowym samochodem. Nie busem, nie firmowym. Zwykłym osobowym, ale nowym. Zaparkował pod blokiem i czekał, aż matka wyjrzy przez okno.
Wyjrzała. Machał ręką. Uśmiechał się.
Zeszła na dół, obeszła auto dookoła i pogłaskała maskę jak psa, bo Łukasz patrzył i czekał na reakcję.
– Ładny – powiedziała.
A w głowie miała cyfrę. Dziewięćset złotych razy dwadzieścia dwa miesiące. I ten samochód, lśniący pod latarnią jak policzek.
Na wigilii nie podała ryby, bo nie było jej stać na karpia po czterdzieści złotych za kilo. Zrobiła śledzie i pierogi. Łukasz zjadł trzy talerze, pochwalił, powiedział, że pierogi jak u babci.
Nie zapytał, dlaczego nie ma karpia.
Tydzień później Danuta zadzwoniła. Zebrała się na odwagę przez cały poranek, odkładała słuchawkę, znowu brała ją do ręki. W końcu wybrała numer.
– Łukasz, posłuchaj, chciałam porozmawiać o tym kredycie. Spłacam go drugi rok. Z samej emerytury jest naprawdę ciężko. Czy mógłbyś przejąć chociaż połowę raty?
Cisza trwała kilka sekund.
– Mamo, przecież to ty podpisywałaś.
To zdanie zostało z nią na noc.
Nie spała. Leżała i patrzyła w sufit. Liczyła już nie pieniądze, tylko lata.
Ile razy odwoziła go do szkoły. Ile razy chodziła na wywiadówki sama, bo Stanisław miał zmianę. Ile kanapek zawinęła w folię aluminiową. Ile koszulek wyprasowała. Ile gorączek przeczekała z termometrem w ręku.
Za każdym razem wynik wychodził ten sam: nieskończoność razy nic.
Bo Łukasz nie widział tych kanapek. Nie pamiętał termometru. Pamiętał podpis na umowie kredytowej.
Jadźka powiedziała jej potem, że powinna pójść do prawnika. Że może da się coś odzyskać, że są takie sprawy, gdzie sąd…
Danuta nie poszła.
Nie dlatego, że nie miała racji. Dlatego, że wyobraziła sobie, jak siedzi naprzeciwko Łukasza w sądzie, a on patrzy na nią tak, jak patrzył na swoich partnerów biznesowych. Jak na kogoś, kto zawiódł. Jak na kogoś, kto nie dotrzymał umowy.
Rata siedemnaście z trzydziestu ośmiu. Jeszcze dwadzieścia jeden miesięcy. Liczy je tak, jak kiedyś liczyła dni do emerytury: jako coś, co musi minąć.
Łukasz czasem dzwoni.
– Co u ciebie, mamo?
– Dobrze – odpowiada Danuta.
– U mnie też dobrze.
Nie rozmawiają o kredycie. Nie rozmawiają o samochodzie. Nie rozmawiają o busach ani o partnerze, który miał kontakty.
Wczoraj na klatce schodowej Danuta spotkała panią Krystynę z pierwszego piętra. Sąsiadka opowiadała, że jej wnuczka idzie na studia, że zbierają na laptopa. A potem powiedziała coś, co wróciło do Danuty w nocy jak echo:
– Wie pani, Danuto, dla dzieci to my byśmy wszystko oddały. Wszystko.
Danuta stała na schodach i kiwała głową.
Bo to była prawda. Oddała.
Czterdzieści tysięcy, dwa lata spokoju i jedno złudzenie, że syn, który bierze, kiedyś też da.
Teraz koperta z wyciągiem bankowym leży na stole. Obok kubek. Obok cisza.
Za oknem ktoś parkuje samochód.
Danuta nie patrzy.