Matka zostawiła testament w kopercie u notariusza. Brat otworzył go pierwszy i powiedział, że “mama wszystko podzieliła po równo”. Notariusz zadzwonił do mnie tydzień później. W testamencie nie było ani słowa o równym podziale.
Telefon zadzwonił w środę, tuż po ósmej rano, kiedy dopijałam kawę przed wyjściem do pracy. Numer nieznany, lubelski kierunkowy. Odebrałam machinalnie, przekonana, że to przychodnia z wynikami badań.
“Dzień dobry, mówi mecenas Witkowski, kancelaria notarialna przy Krakowskim Przedmieściu. Czy rozmawiam z Renatą Gajewską?”
Serce mi przyspieszyło. Nie dlatego, że bałam się notariusza. Dlatego, że mama nie żyła od trzech tygodni, a Grzegorz – mój brat – powiedział, że sprawę testamentu już załatwił. Że był u notariusza. Że mama podzieliła wszystko po równo – mieszkanie, działkę pod Nałęczowem, oszczędności. Po połowie, sprawiedliwie, jak to mama.
“Tak, to ja” – odpowiedziałam i odstawiłam kubek na blat.
“Pani Renato, dzwonię, ponieważ pani brat nie odebrał swojego odpisu testamentu. Próbowałem się z nim kontaktować, ale nie odbiera telefonu. A ja mam obowiązek zapoznać z treścią dokumentu wszystkich spadkobierców.”
Usiadłam. Powoli.
“Ale Grzegorz mówił, że już u pana był. Że wszystko widział.”
“Owszem, był. Natomiast nie wrócił na drugi termin, kiedy miałem omówić szczegóły z obojgiem państwa.”
To zdanie zawisło w powietrzu. Grzegorz widział testament. Grzegorz powiedział mi, co w nim jest. A teraz notariusz mówi, że sprawy nie dokończył i nie odbiera telefonu.
Umówiłam się na piątek.
Przez dwa dni chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. W pracy – zamykałam faktury w wydziale księgowości urzędu miasta, jak co dzień od osiemnastu lat – myślałam o twarzy Grzegorza, kiedy staliśmy przy mamowym grobie.
Skupiony, z zaciśniętą szczęką. Powiedział wtedy krótko: “Byłem u notariusza. Mama wszystko podzieliła po równo. Nie musimy się o nic kłócić.” Poczułam ulgę. Pomyślałam nawet, że mama do końca była sobą – sprawiedliwa, konkretna, bez faworyzowania.
A teraz te słowa zaczynały brzmieć inaczej.
W piątek weszłam do kancelarii przy Krakowskim Przedmieściu o jedenastej. Gabinet pachniał starym drewnem i środkiem do czyszczenia mebli. Mecenas Witkowski – siwiejący mężczyzna w okularach na łańcuszku – podał mi rękę i wskazał krzesło.
“Pani mama, pani Zofia Gajewska, złożyła u mnie testament własnoręczny w zamkniętej kopercie w lutym ubiegłego roku” – zaczął spokojnie. “Po jej śmierci otworzyłem go zgodnie z procedurą. Pani brat był obecny przy otwarciu, o czym jest wzmianka w protokole.”
Wyjął z teczki kartkę. Poznałam charakter pisma od razu – te pochyłe, ciasne litery, którymi mama podpisywała kartki świąteczne, listy zakupów, przepisy na ciasta.
“Przeczytam kluczowy fragment” – powiedział notariusz. “Mieszkanie przy ulicy Lipowej 14 w Lublinie zapisuję w całości mojej córce Renacie. Działkę rekreacyjną w Nałęczowie zapisuję w całości mojej córce Renacie. Oszczędności na koncie bankowym dzielę w proporcji: siedemdziesiąt procent dla Renaty, trzydzieści procent dla Grzegorza.”
Siedziałam nieruchomo. Czułam, jak moje dłonie robią się zimne, choć w gabinecie było duszno.
“To… to nie jest po równo” – powiedziałam głupio, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć.
“Nie” – potwierdził mecenas. “I pani brat o tym wiedział od dnia otwarcia koperty.”
Wracałam do domu piechotą, choć miałam samochód zaparkowany pod kancelarią. Szłam wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia i myślałam nie o pieniądzach, nie o mieszkaniu, nie o działce. Myślałam o tym, jak Grzegorz stał przy grobie i mówił “po równo” – spokojnym, pewnym głosem, patrząc mi w oczy.
Dlaczego skłamał?