Dwa tygodnie po pogrzebie Grzegorz przyjechał z żoną Renatą. Usiedli w kuchni mamy, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze miesiąc wcześniej stał wózek inwalidzki. Wszystko wyglądało prawie tak samo, a jednocześnie nic nie było takie samo. Brakowało tylko jej obecności.
Renata rozejrzała się po ścianach, po meblach z Agaty, po firaneczce, którą mama wieszała co Wielkanoc. Dotknęła blatu stołu, przesunęła dłonią po krześle. „Ładne to mieszkanie” — powiedziała. — „Dwa pokoje z kuchnią to teraz sporo warte”.
Grzegorz wyjął teczkę. Dosłownie — brązową, tekturową teczkę, jakby przyszedł na zebranie, a nie na rozmowę o naszej matce. W środku miał wydruki. Ceny mieszkań na osiedlu Południe. Oferty z portali. Wyliczenia, liczby, podsumowania.
„Słuchaj, Jadźka” — zaczął tonem, który znałam z dzieciństwa, tym starszobrackim, pewnym, rzeczowym. — „Mieszkanie jest warte jakieś dwieście pięćdziesiąt tysięcy. Mama nie zostawiła testamentu, więc dzielimy po połowie. Proponuję sprzedać i rozliczyć się uczciwie”.
Uczciwie. To słowo zawisło w powietrzu jak coś ciężkiego, niewygodnego, jak zapach starego tłuszczu, którego nie da się wywietrzyć jednym ruchem.
Wstałam bez słowa. Poszłam do przedpokoju, sięgnęłam do torebki i wróciłam z kopertą. Położyłam ją na stole między nami. Była zwykła, biała, taka jak wszystkie inne, w których mama trzymała rachunki. Ale to, co było w środku, nie miało nic wspólnego z codziennością.
Wyjęłam wyciąg bankowy. Jedna transakcja była zaznaczona flamastrem. Przelew na siedemdziesiąt tysięcy złotych — z konta mamy na konto Grzegorza. Data: szesnaście miesięcy przed jej śmiercią.
I kartka. Jedno zdanie:
„Grzegorz wziął te pieniądze na remont, obiecał oddać, nie oddał ani złotówki — pamiętaj o tym, kiedy zacznie dzielić.”
Podałam kartkę bratu. Patrzyłam, jak jego twarz powoli traci kolor. Renata nachyliła się, przeczytała, cofnęła rękę jak oparzona.
„To było pożyczone” — powiedział Grzegorz. Głos miał spokojny, ale żyłka na skroni zaczęła pulsować. — „Mama mi pożyczyła na łazienkę. Rozmawialiśmy o tym”.
„I oddałeś?”
Cisza była odpowiedzią.
„Miałem oddać. Nie zdążyłem”.
Nie zdążył. Szesnaście miesięcy. Mama chorowała, słabła, odchodziła, a on nie zdążył oddać siedemdziesięciu tysięcy złotych. Ale zdążył przygotować wyliczenia, wydruki, plan sprzedaży — dwa tygodnie po pogrzebie.