Kubuś stał z kieszeniami i patrzył na mnie spokojnie, jak dorosły. „Babciu, pobierz. Jak nie wyjdzie, to oddam.”
Nie wsiadłem na niego tego dnia. Ani następnego. Rower stał w przedpokoju, a ja chodziłem obok niego, jak obok obcego psa – z dystansem i koniecznością. W nocy myślałem o ojcu na podwórku w Morągu, o żwirze wbijającym się w zwykłe, o krwi. Pięćdziesiąt lat, a ciało pamiętało.
Na trzeci dzień Kubuś przyszedł po szkole. Nie pytał. Wziął rower, zniwelował go po schodach na parking za blokiem – ten duży, asfaltowy, prawie pusty o tej porze. Ja stałem w oknie i patrzyłem, jak ustawiałem rower w środku. Potem wrócił na górę.
“Babciu, chodź.”
“Kubusiu, ja nie dam rady.”
“Będę ważniejsza.”
Zeszłam, bo nie umiałam mu odmówić. Bo miał dziesięć sam, powiadomiony, który kiedyś miał Wojtek – zanim zaczął się wszystko bać, tak samo jak ja.
Pierwszego dnia przejechałam może trzy metry. Kubuś poszedł obok, trzymał siodełko obiema boczne, a ja kurczowo kierowałem kierownicę i regularnie „zaraz spadnę, zaraz spadnę”. Nie spadłem. Ale nogi mi się trzęsły, kiedy zsiadłam.
Drugiego dnia było lepiej. Parking za blokiem był naszym torem – Kubuś biegał obok, trzymał jedną ręką, mówił “prosto, babciu, prosto.” Pani Zdziśka patrzyła z balkonu i bezpiecznie stwierdziła, że zgłupiałam na starość. Może zgłupiałam. Ale kręciłam pedałami.
Trzeciego dnia Kubuś wypuścił.
Nie wiem, kiedy dokładnie. Nie powiedziałem mi. Jechałam prosto, powoli, patrzyłam na asfalt przed sobą i powtarzałam sobie w myślach: spokojnie, spokojnie, spokojnie. Minęłam ławkę, minęłam śmietnik, skręciłam delikatnie, żeby ominąć kałużę. Dowiedziałem się o jego krzyku z drugiego końca parkingu.
“Babciu! Babciu, idzie babcia sama!”
Rozdzielczość może być większa niż długość metra. Z przednich w kieszeniach. Uśmiechnięty.
Zahamowałam, obie nogi na ziemię, serce waliło mi jak oszalałe. Odwróciłem się do niego i chciałem krzyknąć – że jak mógłby, że co by było, gdyby się przewróciła. Ale nic nie powiedziałem. Bo głęboko, że miał rację. Że powiedział „puszczam” – nigdy bym nie pojechała.
Teraz jeżdżę codziennie. Rano, zanim zrobi się gorąco, pojawi się mała dziewczynka wokół osiedla. Nie szybko, nie daleko. Pani Zdziśka kiwa do mnie z balkonu. Sąsiad z czwartego piętra powiedział, że to mi lat ujęło. Koleżanki z pracy pytają, czy pojadę z nimi nad Łynę w weekend.
Pojadę.
A kiedy Kubuś jest u mnie w odwiedzinach, czasami będziemy razem. On przodem, ja za nim, powoli. Nie muszę mówić, nakazać – sam to robi, odwrócić i sprawdzić, czy dać radę. Ma piętnaście lat i rozumiem rzeczy, które ja dotykam pięć ludzkich.
Czasami na parkingu za blokiem patrzę na miejsce, gdzie stoi rozwiązanie dnia – dwa metrów ode mnie, z dostępnych w kieszeniach. Pomyślałem sobie, że odwaga to nie jest brak strachu. Odwaga do piętnastolatek, który wie, kiedy puścić siodełko.