rywalizujący osiem lat i nigdy nie wsiadłam na rower – w grze się przewróciłam i od tamtej pory bałam się na niego patrząc. Wnuk kupił mi rower na urodziny – kobieta, że zwariowała.
Pedały obracały się pode lekko, prawie tak samo. Wiatr pachniał bzami i asfaltem, a ja patrzyłam prosto przed siebie – na śmietnik, na ławkę, na panią Zdzisię z parteru, która akurat wracała z Biedronki.
usłyszałem za okrzyk Kubusia – “Babciu, idzie babcia sama!” – przeniesionym, że nikt mnie nie trzyma. Że jadę. Sama. Złapałem hamulec tak mocno, że prawie przeleciałem przez kierownicę. Ale się nie przewróciłam. Nie tym razem.
Tamten pierwszy raz – dziesięć prawdziwych, z awarii – jak przez mgłę, ale ciało pamiętające dokładnie. urodził się siedem lat, ojciec postawił mnie na rowerze starszego brata na podwórku za domem w Morągu.
Puścił za wcześnie, albo ja za szybko świecącą kierownicą. Wylądowałam na żwirze, z rozciętą brodą i wyrwanym zębem mlecznym. Pamiętam krew na bluzce i ojca, który powtarzał: “Nic ci nie jest, nic ci nie jest” – a sam był biały jak ściana. Matka mnie zabrała do domu, obmyła, przykleiła tynk. Nikt nigdy nie poprowadził mnie na rower ponownie. Nie prosiłam.
I tak pozostało lat.
Przez te lata udało mi się uzyskać wiele rzeczy. Skończyłam technikum, przepracowałam całe życie w sklepie spożywczym – najpierw na Starym Mieście, potem w markecie na obrzeżach Olsztyna.
Wychowałam syna Wojtka, odbiornikam rozwód, wykupiłam mieszkanie, sama wymieniłam okna. Ale na wioślarza nie wsiadłem ani razu. Kiedy uczniowie z pracy jeżdżą na rowerach rowerowych Łyny, wymyśliłam wymówki. Kolano mnie boli. Nie mam kiedy. Wolę spacer. Z czasem przestał być możliwy.
Wojtek ożenił się młodo – miał dwadzieścia trzy lata, kiedy urodził się Kubuś. Teraz Kubuś ma piętnaście lat, jest ode mnie o liczniku i jeździ na rowerze wodnym – do szkół, nad jeziorem, do drugiej strony miasta. Kiedyś powiedziałem mi coś, co mnie ukłuło. Siedzieliśmy na balkonie, jedliśmy lody i patrzyliśmy na różnicę rowerową biegnącą do dzielnicy mieszkalnej.
„Babciu, a babcia nigdy nie jeździ na rowerze?”
„Bo nie umiał” – powiedziałem to lekko, jakby to było coś nietypowego.
„To się nauczysz” – wzruszył się, jakby było oczywiste. Gdyby każdy problem miał takie proste rozwiązanie.
Roześmiałam się i próbowałem tematu. Ale ważne, że zapamiętał.
Trzy miesiące później powrót na wakacje. pięćdziesiąt osiem lat. Wojtek przyjechał z Kubusiem po upadku, z tortem i kwiatami. Normalnie. A potem Kubuś pokazał mi wyjście na schodową. Na korytarzu, oparty na ścianie, stał rower. Biały, z ramą, z koszykiem z przodu. Miał kokardę na kierownicy.
Patrzyłam na niego i pośrednio, jak serce mi przyspieszenie. Nie z radości – ze strachu.
“Synku, ty zwariowałeś” – powiedział do Wojtka, bo pomyślał, że to jego pomysł. Ale Wojtek przekręcił głowę. „Do Kubusia mnie namówił. Ja mu powiedziałem, że nie chciała, ale on się uparł.”