Następnie kelner podał talerze. Marcin sięgnął po teczkę, którą miał pod krzesłem. Nie trwało jej wcześniej. Wyciągnął papiery i położył przede wszystkim.
“Mamo, podpisz tutaj, do formalności.”
szyfrowania na dokumentach. Nie jestem prawniczką, ale pięć lat w urzędzie, które pozwala mi czytać pismo. To był projekt aktu notarialnego. Darowizna. Moja kawalerka na Fordoniu przejścia na Marcina.
„Marcin, co żartujesz?” – zapytałam, chociaż już.
„Mamo, zabezpieczenia. Refinansujemy kredyt na dom, bank wymaga ujawnienia nieruchomości. To naprawdę formalność, nic się nie zmienia, studentka dalej będzie mieszkać, ty dalej będzie wymagać dostarczenia protokołu.”
Siedziałam i patrzyłam na niego. Na moim syna. Na tego chłopca, który kiedyś rysował mi laurki na Dzień Matki i pisarz na nich “Kocham Cię, Mamo, najbardziej na świecie”. I ten chłopiec teraz poprzedzający mnie w restauracjach z papierami na darowiznę.
„Paulina wie o tym?” – Zapytałem cicho.
„To był jej pomysł – sens, nasz pomysł” – szybko się pojawił, ale już został rozpoznany.
trzebam, jak coś we mnie pęka. Nie głośno, nie z hukiem. Cicho, jak pękająca nitka. Ta kawalerka to nie był tylko lokal. To była ściana, w której umarła moja mama. Tapeta, którą wybrałeś tata. Parapet, na którym matka stawiała doniczki z fiołkami. I jedyny, który może zostać na starość. Bo emerytura urzędniczki to nie jest kwota, za którą człowiek może zachować się zestarzeć.
„Marcin, a co będzie, jeśli nie dacie rady spłacić kredytu?” – Zapytałem.
“Mamo, damy radę. Nie dramatyzuj.”
„Nie dramatyzuję. Pytam, co będzie z moim mieszkaniem, jeśli bank je zabierze.”
Marcin zmarszczył brwi. Pewnie Paulina nie przygotowała go na taki scenariusz. Na matce, która czyta dokumenty i zadaje niewygodne pytania.
“Mamo, ufasz mi czy nie?”