Postanowiliśmy odciąć cię od spadku. Nigdy na to nie zasłużyłeś”.
Głos mojego ojca rozbrzmiał w prywatnej jadalni i na chwilę wszystko zamarło. Kryształowy żyrandol na górze zdawał się zastygnąć w półmroku. Cicha muzyka klasyczna w tle ucichła. Wszystkie twarze przy tym długim, eleganckim stole zwróciły się w moją stronę z wyrazem od samozadowolenia po słabo skrywane rozbawienie.
Siedziałem tam z kieliszkiem wina w połowie drogi do ust, wpatrując się w mężczyznę, który mnie wychował.
Wokół nas zebrała się cała moja dalsza rodzina. Ciotki, wujkowie, kuzyni, a nawet babcia. Restauracja, którą wybrali moi rodzice, należała do tych miejsc, w których trzeba było rezerwować stolik z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, kelnerzy chodzili w białych rękawiczkach, a w menu nie było cen. Nie szczędzili wydatków na tę okazję.
„Słyszałaś mnie, Taro?” zapytał mój ojciec.
Stał na czele stołu, jego twarz była zarumieniona od wina i czegoś jeszcze mroczniejszego. Triumf.