Więcej przeczytasz w pierwszym komentarzu

— Tam… jest pusto!
I właśnie w tym momencie stało się coś strasznego.
Wybuchła panika. Kilku mężczyzn rzuciło się w stronę grabarzy, żeby zadać pytania, a ktoś wezwał policję. Synowa, blada, upuściła torbę. Matka, ciężko dysząc, stała nad rozbitą trumną, ściskając siekierę tak mocno, że aż zbielały jej kostki.
— Mówiłam ci — powiedziała cicho, ale wyraźnie — mojego syna tu nie ma.
W tym momencie chudy mężczyzna w uniformie dozorcy cmentarza wysunął się z tłumu. Zawahał się, ale potem zebrał się na odwagę:
— Ciało… zostało zabrane. W nocy. Przyszło dwóch ludzi… pokazało jakieś dokumenty… powiedziało, że ciało jest przewożone do kostnicy w innym mieście na ponowne badanie. Ja… Nie wiedziałem, że tak jest…

Te słowa przeszyły wszystkich niczym lodowaty wiatr. Dokąd zabrali ciało? Kim byli ci ludzie?
Policja szybko przybyła i rozpoczęła się procedura zbierania zeznań. Najgorsze jednak okazało się nieco później: w rejestrze kostnicy nie było żadnej wzmianki o transporcie.
W miejscu imienia syna widniał napis: „eliminacja – błąd w dokumentach”. Oznaczało to, że ktoś celowo zatarł wszelkie ślady jego istnienia po śmierci… albo sam zaaranżował jego śmierć.

Matka siedziała na ławce, trzymając w dłoniach kawałek wieka trumny. W jej oczach nie było rozpaczy, tylko determinacja. Wiedziała: jeśli żyje – znajdzie go. Jeśli odszedł – znajdzie tych, którzy odmówili mu nawet spokoju w grobie.