Nawet nie podniósł wzroku. “Do kina? Renatka, po co przepłacać. Weźmiemy coś na streaming”.
To nie było nowe zdanie. Słyszałam je przez lata. “Po co przepłacać za kino. Po co przepłacać za restaurację. Po co przepłacać za wakacje za granicą, jak jest Bałtyk”. Ale teraz brzmiało inaczej. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że ja nie byłam warta tych pieniędzy.
Zadzwoniłam do siostry. Grażyna jest starsza ode mnie o cztery lata, mieszka w Toruniu, ma za sobą rozwód, więc wiem, że nie będzie mi sypać bzdur o ratowaniu małżeństwa za wszelką cenę. Powiedziałam jej o bilecie. O paragonach. O kwiatach.
“Renata,” powiedziała po chwili. “Czy ty chcesz wiedzieć, kto to jest?”
Zastanawiałam się nad tym pytaniem dłużej, niż powinnam. “Nie wiem,” odpowiedziałam.
“Bo to zmienia wszystko,” ciągnęła Grażyna. “Jak się dowiesz, to już nie cofniesz. Teraz jeszcze możesz udawać, że nie wiesz.”
“Ja już nie udaję.”
Cisza. Słyszałam, jak Grażyna zapala papierosa – rzuciła palenie pięć lat temu, ale w stresie wracała.
“To porozmawiaj z nim,” powiedziała w końcu. “Nie z krzykiem. Spokojnie. Połóż ten bilet na stole i patrz, co zrobi.”
W sobotę rano, kiedy Wojciech pił kawę i czytał coś na telefonie, położyłam bilet na stole. Obok jego kubka, na białym blacie. Różowy kartonik z logo kina.
Wojciech spojrzał na bilet. Potem na mnie. I w tej sekundzie zobaczyłam na jego twarzy coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość, nie panikę, nie natychmiastowe kłamstwo. Zobaczyłam ulgę.
“Renata…” zaczął i urwał.
“Dwa miejsca, rząd H,” powiedziałam spokojnie. To znaczy – myślałam, że spokojnie. Głos mi się trząsł. “Środa, osiemnasta trzydzieści. Komedia romantyczna, ta dla głupich bab. Z kim byłeś?”
Wojciech odsunął kubek z kawą. Potarł twarz dłońmi. “Z Dorotą z biura. Z działu kadr.”
“Od kiedy?”
“Od września.”
Wrzesień. Pięć miesięcy. Pięć miesięcy gołąbków odgrzewanych o dziesiątej wieczorem, SMS-ów “zebranie się przeciąga”, sobót przed telewizorem, bo “po co przepłacać”.
Nie krzyczałam. Nawet nie płakałam – nie przy nim. Wstałam, zabrałam bilet ze stołu i powiedziałam: “Idę na spacer”.
Szłam przez nasze osiedle – bloki z lat osiemdziesiątych, plac zabaw, na którym nasze dzieci się bawiły, kiedy były małe – i myślałam o jednej rzeczy. Nie o Dorocie z kadr. Nie o tym, co będzie z mieszkaniem, z kredytem, z tym, co powiedzieć dzieciom.
Myślałam o tym, że przez dwadzieścia sześć lat byłam kobietą, na którą nie warto wydać pieniędzy na bilet do kina. I że Wojciech nawet nie musiał mnie o tym przekonywać. Ja sama w to uwierzyłam.
Przy klatce schodowej spotkałam sąsiadkę, panią Janinę. Uśmiechnęłam się do niej i powiedziałam “dzień dobry”. Ona powiedziała – “O, pani Renato, jak zwykle elegancka”. I poszła dalej.
Jak zwykle. Jak zwykle elegancka, jak zwykle uśmiechnięta, jak zwykle gotowe gołąbki, jak zwykle sprawdzone kieszenie, jak zwykle życie, które wyglądało normalnie.
Wróciłam do domu po godzinie. Wojciech siedział w tym samym miejscu, z zimną kawą. Powiedziałam mu, że nie wiem jeszcze, co zrobię. Że potrzebuję czasu. Że nie chcę o tym rozmawiać dzisiaj ani jutro.
Wieczorem włożyłam ten bilet między strony książki, którą czytałam – leżał w rozdziale siódmym jak zakładka. Czasem go wyciągam i patrzę. Dwa fotele obok siebie, rząd H. Numer siedem i osiem.
W kinie nadal nie byłam. Ale już nie dlatego, że “po co przepłacać”. Po prostu nie wiem jeszcze, z kim chcę tam pójść.