Znalazłam w kieszeni marynarki męża bilet do kina na film, na który mnie nigdy nie zabrał. Dwa miejsca, rząd H, numer 7 i 8. Ja od lat nie chodzę do kina, bo “po co przepłacać”. Bilet był z minionej środy – wtedy miał zebranie w pracy do dwudziestej drugiej.

Bilet był pognieciony, wciśnięty między paragon ze stacji benzynowej a chusteczkę higieniczną. Seans o osiemnastej trzydzieści, kino w galerii na drugim końcu miasta. Dwa miejsca obok siebie – rząd H, fotele siódmy i ósmy.

Przeczytałam tytuł filmu. Komedia romantyczna. Wojciech przez dwadzieścia sześć lat małżeństwa nie obejrzał ze mną ani jednej komedii romantycznej. Bo to, jak mówił, filmy dla głupich bab.

Stałam w przedpokoju z tą marynarką w jednej ręce i biletem w drugiej. Chciałam ją zanieść do pralni, bo Wojciech rano poprosił – “Renatka, podrzuć do czyszczenia, mam w przyszłym tygodniu spotkanie z klientami”. Zawsze sprawdzałam kieszenie. Zawsze.

Środa. Tamta środa. Pamiętałam ją dokładnie, bo ugotowałam gołąbki – jego ulubione – i czekałam z kolacją do wpół do dziewiątej. Potem napisałam SMS-a: “Kiedy będziesz?”. Odpisał po dwudziestu minutach.

“Zebranie się przeciąga. Jedz beze mnie. Będę koło 22”. Odgrzewałam te gołąbki jeszcze o dziesiątej wieczorem, kiedy usłyszałam klucz w zamku. Wojciech był zmęczony, powiedział, że jadł kanapki w biurze. Zjadł dwa gołąbki i poszedł pod prysznic.

Teraz patrzyłam na ten bilet i robiłam w głowie prostą arytmetykę. Seans o osiemnastej trzydzieści, film trwa dwie godziny. Dwudziesta trzydzieści plus dojazd – mógł być w domu najwcześniej o dwudziestej pierwszej. Napisał mi o dwudziestej, że zebranie się przeciąga. Był wtedy w kinie. Albo wychodził z kina. Z kimś, kto siedział na fotelu numer osiem.

Schowałam bilet do kieszeni swojego swetra. Marynarkę zaniosłam do pralni, jak prosił.

Tego dnia w urzędzie – pracuję w wydziale komunikacji w Bydgoszczy od osiemnastu lat – nie mogłam się skupić na niczym. Koleżanka Basia pytała, czy coś się stało, bo trzy razy pomyliłam numery rejestracyjne w systemie. Powiedziałam, że źle spałam. To nie było kłamstwo.

Wróciłam do domu przed Wojciechem i zrobiłam rzecz, której nigdy wcześniej nie robiłam. Otworzyłam jego szafę i zaczęłam sprawdzać kieszenie. Metodycznie, kurtka po kurtce, spodnie po spodniach.

W zimowej kurtce znalazłam paragon z restauracji – z lutego, obiad dla dwóch osób. W letniej marynarce – drugi paragon, kwiaciarnia, bukiet za siedemdziesiąt złotych, data sprzed trzech tygodni. Na nasze dwudziestą szóstą rocznicę ślubu w marcu nie kupił mi kwiatów. Powiedział, że po tylu latach to już głupota.

Usiadłam na podłodze garderoby, między jego butami i moimi pudełkami z dokumentami. Kręciło mi się w głowie, ale nie od szoku – od tego, jak szybko wszystko zaczęło do siebie pasować.

Późne zebrania, które zaczęły się od jesieni. Telefon, który zaczął nosić ekranem do dołu. Nowy żel pod prysznic, którego nigdy wcześniej nie kupował. Ja to wszystko widziałam. Widziałam i tłumaczyłam sobie – zebrania, bo awansował. Telefon, bo się odruchowo odwraca. Żel, bo stary się skończył.

Ile razy w ciągu tych miesięcy kłamałam sama przed sobą?

Przez następne trzy dni chodziłam po domu jak zwykle. Gotowałam obiady, oglądaliśmy wieczorem wiadomości, Wojciech pytał, czy kupić mleko. Normalność, która teraz wyglądała jak scenografia. W czwartek wieczorem, kiedy siedział na kanapie z tabletem, zapytałam lekko – “Wojtek, może w sobotę pójdziemy do kina? Dawno nie byliśmy”.