Na pogrzebie mojego męża powietrze pachniało mokrą ziemią, zniczami i chryzantemami.
Stałam na Powązkach w czarnym płaszczu, którego kołnierz drapał mnie w szyję. Ręce miałam lodowate, choć trzymałam je splecione tak mocno, że bolały mnie palce.
W trumnie leżał Edward.
Mój mąż.
Człowiek, z którym przeżyłam trzydzieści dwa lata. Człowiek, który jeszcze tydzień wcześniej pytał, czy kupiłam jego ulubioną herbatę z maliną. Człowiek, który wyszedł rano do firmy i już nie wrócił, bo serce pękło mu szybciej, niż ktokolwiek zdążył wezwać karetkę.
Obok mnie stał nasz syn, Dawid.
Miał zaciśniętą szczękę i oczy wbite w trumnę, ale nie widziałam w nich bólu. Raczej napięcie. Niecierpliwość. Jakby pogrzeb był tylko przeszkodą w czymś, co naprawdę go interesowało.
Od śmierci Edwarda zrobił się zimny.
Słyszałam szepty za plecami.
Dom na Żoliborzu.
Firma.
Udziały.
Testament.
I imię Walerii.
Waleria Kostecka, wspólniczka Edwarda.
Elegancka, pewna siebie, zawsze o krok za blisko mojego męża na firmowych spotkaniach. Edward powtarzał:
— To tylko biznes, Marysiu.
Ja udawałam, że wierzę.
Czasem kobieta nie jest naiwna. Czasem po prostu kocha za długo, żeby od razu uznać, że w jej domu rośnie cień.
Kiedy ksiądz skończył modlitwę, ludzie zaczęli podchodzić. Dotykali mojego ramienia, mówili: „wyrazy współczucia”, „taki dobry człowiek”, „straszna strata”.
Wtedy Dawid ścisnął moją dłoń.
Za mocno.
Nie jak syn, który chce podtrzymać matkę.
Jak ktoś, kto daje znak, że ma władzę.
Pochylił się do mojego ucha i wyszeptał:
— Nie jesteś już częścią tej rodziny, mamo.
Nie od razu zrozumiałam.
Spojrzałam na niego, ale on już skinął komuś za moimi plecami.
Do nas podszedł mecenas Różycki, prawnik Edwarda. Zawsze grzeczny, zawsze sztywny, zawsze z teczką trzymaną tak, jakby w środku miał ludzkie losy, a nie papiery.
Tego dnia naprawdę miał w niej mój los.
Otworzył aktówkę i wyjął zapieczętowaną kopertę.