Zaczęłam liczyć dni. Potem tygodnie. Potem przestałam liczyć, bo przestałam wierzyć, że jest koniec.
Rozmawiałam z Ryszardem w listopadzie. Usiadłam przy stole, powiedziałam spokojnie, że tak nie może dalej być, że potrzebuję wiedzieć, jaki jest plan, że może pora pomyśleć o opiece dziennej, o domu seniora, o czymkolwiek innym. Nie krzyczałam. Nie płakałam. Byłam konkretna, jak kobieta, która dwadzieścia lat prowadzi harmonogram w salonie.
Ryszard powiedział, że mama jest szczęśliwsza niż od lat. Że on to widzi.
Spytałam, czy widzi mnie.
Wzruszył ramionami. “Jolka, no co ty. Ona jest stara, chora, co ty chcesz z nią zrobić?”
Minął rok. Potem drugi. Irena miała się lepiej – i to był paradoks, który mnie dobijał. Chodziła już bez laski po domu, oglądała swoje seriale, rozmawiała przez telefon z sąsiadkami. Kwitła. Prawdziwie. A ja więdłam.
W lutym – dokładnie dwa lata po jej przyjeździe – zepsułam się w salonie przy myciu głowy klientce. Nie w sensie dramatycznym. Po prostu usiadłam na stołku przy umywalce i nie mogłam wstać. Koleżanka Marta zaprowadziła mnie na zaplecze, dała herbatę, powiedziała: “Jolka, ty wyglądasz jak po pracy na trzy etaty.”
Na trzy etaty. Tyle właśnie miałam.
Tego wieczoru powiedziałam Ryszardowi, że nie daję rady. Nie spokojnie tym razem. Z płaczem, z drżeniem rąk, z całym tym zmęczeniem, które gromadził się przez dwa lata. On słuchał, kiwał głową, a potem odstawił kubek i powiedział:
“Myślałem, że masz więcej serca.”