Nazywam się Dona Teresa, mam 58 lat i sprzedaję warzywa na małym targu osiedlowym w Campinas, we wnętrzu stanu São Paulo.
Prawie przez całe życie byłam samotną matką.
Mój syn Marcos jest wszystkim, co mam na świecie.
Zarabiałam sprzedając pomidory, cebulę, paprykę i kolendrę – wszystko, co mogłam kupić wcześnie rano na targu hurtowym.
Przez lata wstawałem o trzeciej nad ranem, niosąc ciężkie pudła, stawiając czoła zimnu i deszczowi…
Wszystko po to, żeby mógł się uczyć.
I udało mu się.
Marcos ukończył studia i znalazł dobrą pracę.
Aż pewnego dnia wrócił do domu z uśmiechem, którego nigdy nie zapomnę.
— Mamo… Chciałbym ci kogoś przedstawić.
Tak poznałem Laurę.
Była wszystkim, czym ja nie byłam:
elegancki, kulturalny, z bogatej rodziny.
Jego ojciec był biznesmenem, a matka lekarką.
Na początku obawiałem się, że będę dla niej powodem wstydu.
Ale Laura zawsze traktowała mnie z szacunkiem.
Zawsze zwracała się do mnie „Dona Teresa” ze słodkim uśmiechem.
Trzy miesiące przed ślubem Marcos przyszedł odwiedzić mnie na targach.
„Mamo, już mamy datę!” wykrzyknął z entuzjazmem.
— Bierzemy ślub we wrześniu!