Siedemdziesiąt tysięcy długu – tyle uzbierał mąż w trzech firmach pożyczkowych. Dowiedziałam się, kiedy zaczęli dzwonić do sąsiadów. Listonosz przynosił koperty z czerwonymi napisami, a mąż mówił, że to reklamy. Na pytanie „na co?” odpowiedział: „Na życie, Bożena, na życie”. Zarabiał więcej ode mnie.
Telefon zadzwonił w środę, tuż po ósmej rano. Jeszcze miałam mokre ręce od mycia naczyń, więc odebrałam na głośnomówiący. Kobieta przedstawiła się z imienia i nazwiska, powiedziała, że dzwoni z firmy pożyczkowej, i zapytała, czy rozmawia z żoną Leszka Walczaka.
Pomyślałam, że to pomyłka. Powiedziałam, że tak, jestem żoną, ale na pewno chodzi o kogoś innego. Kobieta odczytała nasz adres, numer PESEL męża i datę zawarcia umowy. Serce zaczęło mi walić tak mocno, że usłyszałam je w uszach.
“Pani Bożeno, próbowaliśmy kontaktować się z mężem wielokrotnie” – powiedziała spokojnym, wyćwiczonym głosem. “Niestety nie odbiera telefonów. Dlatego dzwonimy do pani.”
Rozłączyłam się. Stałam w kuchni, w fartuszku w drobne kwiatki, z pianą na palcach i kompletną pustką w głowie. A potem zadzwonił telefon jeszcze raz. Tym razem numer był inny. I firma była inna.
Miałam wtedy pięćdziesiąt cztery lata. Z Leszkiem byliśmy po trzydziestu latach małżeństwa. Trzydziestu latach, podczas których ani razu – ani jednego razu – nie spóźniliśmy się z czynszem, nie mieliśmy długu, nie pożyczaliśmy od rodziny. Pracowałam jako krawcowa w zakładzie na Osiedlu Gołębiów w Radomiu, a Leszek jeździł tirem po całej Polsce, czasem za granicę. Zarabiał dobrze, znacznie lepiej ode mnie. Tak przynajmniej myślałam.
Tego dnia, kiedy tamta kobieta zadzwoniła, Leszek był na trasie gdzieś pod Szczecinem. Nie zadzwoniłam do niego od razu. Najpierw usiadłam przy kuchennym stole i próbowałam poskładać to, co usłyszałam. Firma pożyczkowa. Umowa. PESEL. Wielokrotne próby kontaktu. Zaczęłam szukać.
Otworzyłam szufladę, tę w komodzie w przedpokoju, gdzie Leszek trzymał swoje papiery. Pod instrukcją obsługi telewizora i starymi kartami drogowymi znalazłam pierwszą kopertę. Białą, z logo, które nic mi nie mówiło. W środku – wezwanie do zapłaty. Przeterminowane o cztery miesiące. Szukałam dalej. Pod stertą rachunków za prąd leżały kolejne. Trzy firmy. Trzy różne logotypy. Trzy umowy z podpisem mojego męża.
Pamiętam, że ręce mi drżały, kiedy rozkładałam te kartki na stole. Jedna obok drugiej, jak dowody w sprawie kryminalnej. Daty sięgały dwóch lat wstecz. Najstarsza pożyczka – sprzed dwudziestu trzech miesięcy. Ostatnia – sprzed pięciu.
Wtedy przypomniałam sobie koperty.
Od jakiegoś czasu listonosz przynosił listy, które Leszek przechwytywał, zanim ja zdążyłam je otworzyć. Niektóre miały czerwone napisy na kopercie – “PILNE”, “OSTATECZNE WEZWANIE”.
Pytałam go o nie. “Reklamy” – mówił, nie podnosząc wzroku znad telefonu. “Wyrzuciłem, same śmieci.” A ja wierzyłam. Bo czemu miałabym nie wierzyć mężowi, z którym przespałam pod jedną kołdrą trzydzieści lat?
Kiedy wrócił w piątek wieczorem, czekałam na niego z rozłożonymi na stole dokumentami. Nie krzyczałam. Nie miałam siły krzyczeć. Powiedziałam tylko: “Leszek, ile?”
Patrzył na te papiery tak, jakby widział je pierwszy raz. Potem usiadł ciężko na krześle, zdjął czapkę i powiedział cicho: “Siedemdziesiąt tysięcy. Może trochę więcej z odsetkami.”
Siedemdziesiąt tysięcy złotych. Tyle, ile ja zarobiłam przez ponad dwa lata szycia w zakładzie. Nogi mi zmiękły.