Córka powiedziała mi, że widziała tatę w restauracji z jakąś kobietą. Powiedziałam, że to pewnie koleżanka z pracy. Córka pokręciła głową: “Mamo, koleżankom z pracy nie poprawia się włosów przy stoliku”
“Mamo, koleżankom z pracy nie poprawia się włosów przy stoliku” – powtórzyła Natalia i patrzyła na mnie tak, jakby czekała, aż się złamię. Stałyśmy w kuchni, ja z rękami mokrymi od zmywania, ona z telefonem w dłoni. Chciała mi pokazać zdjęcie. Nie pozwoliłam.
“Przestań” – powiedziałam. – “Tata ma prawo jeść obiad z kim chce.”
Natalia odłożyła telefon na blat i wyszła bez słowa. Słyszałam, jak trzasnęły drzwi jej pokoju. A ja stałam nad zlewem i myłam ten sam talerz po raz trzeci, bo ręce robiły swoje, a głowa – swoje.
Mam na imię Jolanta, od dwudziestu ośmiu lat jestem żoną Wojciecha. Nie, nieprawda – od dwudziestu ośmiu lat jestem żoną Wojtka, bo nikt w Bydgoszczy nie mówi do niego Wojciech, nawet jego matka.
Pracuję w urzędzie skarbowym, Wojtek jest inżynierem w firmie budowlanej. Natalia, nasza jedyna córka, skończyła w zeszłym roku studia i wróciła do domu, bo jeszcze nie znalazła pracy na tyle dobrze płatnej, żeby wynająć mieszkanie. Normalny układ. Normalny dom. Normalne życie.
A przynajmniej tak myślałam do tamtego wtorku.