Przy słowie „dzieci” coś mnie ścisnęło w gardle. Wnuki. Może jeszcze zobaczę wnuki.
Kelner zabrał talerze, przyniósł kartę deserów. Bartek zamówił sernik dla wszystkich, a kiedy kelner odszedł, wyciągnął z torby teczkę. Zwykłą, szarą tekturową teczkę z gumką.
– Mamo, chciałem z tobą porozmawiać o jednej rzeczy.
Magda patrzyła w swój telefon. Wiedziała. Widziałam to po jej twarzy – ten rodzaj obojętności, który jest wyuczony.
Bartek otworzył teczkę i wyjął plik papierów. Rozłożył przede mną na stole, obok kieliszka z resztką wina.
– Chcemy wziąć kredyt na mieszkanie. Ale bank wymaga poręczyciela. Mamo, czy mogłabyś…
Nie dokończył od razu. Patrzył na mnie tymi oczami Leszka – niebieskimi, jasnymi – i czekał.
Wzięłam do ręki pierwszy dokument. Umowa poręczenia. Kwota kredytu – nie mała. Rata przez trzydzieści lat. Moje dane już były wpisane – PESEL, adres, numer dowodu. Bartek musiał je mieć ze starych papierów Leszka, z tych segregatorów w piwnicy, których nie zabrał po pogrzebie, ale najwyraźniej dokładnie przejrzał.
– Skąd masz moje dane? – zapytałam cicho.
– Z dokumentów taty. Mamo, to formalność. My będziemy spłacać, ty niczym nie ryzykujesz.
Formalność. Trzydzieści lat zobowiązania na moich barkach – formalność. Gdyby nie płacili, bank przyszedłby po moje mieszkanie, po moją emeryturę, po wszystko, co mam. Tyle wiedziałam, bo koleżanka z pracy, Irena, poręczyła kiedyś kredyt dla brata i spłacała go przez osiem lat, bo brat stracił robotę i zaczął pić.
Sernik stał między nami na stole i nikt go nie ruszał. Magda dalej wpatrywała się w telefon. Bartek czekał z długopisem w ręku.
– Bartek – powiedziałam powoli – dlaczego zadzwoniłeś po dwóch latach?
Zacisnął usta. Widziałam, jak pracują mu mięśnie szczęki – tak samo jak Leszkowi, kiedy się denerwował.
– Mamo, nie zaczynaj. Naprawdę chciałem się z tobą zobaczyć. Po prostu… pomyślałem, że przy okazji…
– Przy okazji.
Kelner podszedł zapytać, czy wszystko w porządku. Bartek uśmiechnął się do niego tym swoim profesjonalnym uśmiechem i powiedział, że świetnie. Magda w końcu odłożyła telefon i pierwszy raz na mnie spojrzała.
– Pani Renato, naprawdę nie chcemy pani obciążać. To tylko podpis.
Pani Renato. Trzy lata po ślubie i wciąż „pani Renato”. Nie „mamo”, nie „Renata”, nawet nie „teściowa”. Pani Renato – jak do obcej z urzędu.
Patrzyłam na dokumenty rozłożone na stole. Na wpisany starannie mój PESEL. Na to, jak precyzyjnie to wszystko było przygotowane – dane zebrane, papiery wydrukowane, restauracja zarezerwowana, sernik zamówiony. I wtedy zrozumiałam jedną prostą rzecz: ten obiad nigdy nie był dla mnie. Był dla podpisu.
Wstałam. Spokojnie, bez trzaskania, bez łez. Założyłam płaszcz, wzięłam torebkę.
– Nie podpiszę, Bartek.
– Mamo…
– Nie dlatego, że ci nie ufam. Tylko dlatego, że poręczenie to nie formalność. To odpowiedzialność, której nie powinno się podkładać pod sernik.
Wyszłam z restauracji i szłam przez rynek do przystanku. Było zimno, październik dawał się już we znaki. W autobusie usiadłam przy oknie i dopiero wtedy poczułam, jak drżą mi ręce.
W domu zrobiłam sobie herbatę i usiadłam w kuchni. Cisza. Na lodówce wisiało zdjęcie Bartka sprzed lat – siedmioletni, bez jednego zęba, w czapce z pomponem. Patrzył na mnie z tego zdjęcia i śmiał się.
Następnego dnia dostałam esemesa. „Mamo, przepraszam. Źle to rozegrałem. Czy mogę wpaść w niedzielę?”
Nie odpisałam od razu. Przez całą środę i czwartek chodziłam z telefonem w kieszeni i sprawdzałam go co godzinę, jakby esemes mógł zniknąć. W piątek wieczorem odpisałam: „Wpadnij. Zrobię rosół.”
Nie wiem, czy wpadnie. Nie wiem, czy chce matki, czy poręczyciela. Ale rosół będzie na kuchence, na wszelki wypadek. Na wypadek, gdyby mój syn naprawdę chciał wrócić.