Syn zaprosił mnie na obiad – pierwszy raz od dwóch lat. Telefon zadzwonił w poniedziałek, tuż po ósmej rano, kiedy szykowałam się do wyjścia. Numer Bartka.
Przez sekundę myślałam, że coś się stało – bo syn nie dzwonił do mnie po prostu tak, żeby pogadać. Nie dzwonił w ogóle, jeśli miałam być szczera.
– Mamo, słuchaj, chciałem cię zaprosić na obiad. W sobotę, do tej nowej restauracji przy rynku. Co ty na to?
Stałam w przedpokoju z jednym butem na nodze i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bartek zapraszał mnie na obiad. Bartek, który od dwóch lat odzywał się esemesami na święta i przy okazji moich urodzin – krótko, sucho, jakby odhaczał punkt na liście.
Powiedziałam, że bardzo chętnie. Chyba nawet głos mi się trochę załamał i musiał to usłyszeć, bo szybko dodał, że Magda też będzie, i że się cieszą.
Tamtego dnia w pracy nie mogłam się na niczym skupić. Pracuję jako laborantka w przychodni przy Dworcowej, w Bydgoszczy, od prawie trzydziestu lat. Znam każdy kąt, każdą pielęgniarkę, każdy odczynnik. A tego dnia myliłam się w numerach próbek jak stażystka.
Bo myślałam o Bartku. O tym, kiedy dokładnie między nami pękło. Nie było jednej awantury, jednego trzaśnięcia drzwiami. To się działo powoli, jak rdza. Bartek skończył studia, ożenił się z Magdą, przeprowadzili się na drugi koniec miasta, a potem rozmowy robiły się coraz krótsze, odwiedziny coraz rzadsze. Aż w końcu została cisza i te esemesy.
Mąż Leszek, gdyby żył, powiedziałby pewnie, że przesadzam. Że syn jest dorosły, ma swoje życie, nie musi do matki biegać co tydzień. Leszek zawsze był praktyczny, trzeźwy, bez sentymentów. Umarł cztery lata temu – zawał na działce, między grządką pomidorów a malinami. Bartek przyjechał na pogrzeb, został dwa dni i wrócił do siebie. Potem było jeszcze gorzej.
Sobota przyszła szybko. Włożyłam tę granatową sukienkę, którą ostatnio miałam na siebie na imieninach koleżanki z pracy. Umalowałam się, nawet lakier do paznokci znalazłam w szufladzie. Stałam przed lustrem w łazience i widziałam sześćdziesięcioletnią kobietę, która szykuje się na randkę z własnym synem.
Restauracja była ładna, nowoczesna – ceglane ściany, żarówki na sznurkach, menu na tabliczkach. Bartek i Magda już siedzieli przy stoliku pod oknem. Wstał, kiedy mnie zobaczył. Objął. Krótko, ale objął – i poczułam zapach jego płynu po goleniu, zupełnie innego niż ten, którego używał jako student. Pomyślałam: tyle rzeczy o nim nie wiem.
Magda się uśmiechała. Zamówiliśmy zupę dnia, potem Bartek wziął steka, ja łososia, Magda sałatkę. Jedliśmy i rozmawialiśmy. O ich nowym samochodzie, o remoncie łazienki, o tym, że Magda dostała awans w firmie ubezpieczeniowej. Bartek opowiadał, że myślą o większym mieszkaniu, bo to dwupokojowe na Fordoniu to za mało, bo może kiedyś dzieci.