W środku było półmrok, ale ciepło uderzyło go niemal fizycznie — miękkie, otulające, pachnące drewnem i czymś znajomym, czymś, co przypomniało mu dom sprzed lat. Próg skrzypnął pod jego stopą. Zamknął za sobą drzwi odruchowo, jakby bał się, że zimno wejdzie za nimi do środka i wszystko zniszczy.
— Halo? — spróbował cicho.
Nie było odpowiedzi.
W izbie stał stół, na nim gliniany garnek, z którego jeszcze unosiła się para. Obok leżał kawałek chleba, świeżego, miękkiego — Jegor poczuł, jak ściska go w żołądku. Piec był ciepły. Ktoś tu był. Przed chwilą.
Zrobił kilka kroków, ostrożnie, jakby każdy dźwięk mógł coś obudzić. Położył Warię na ławie przy piecu i otulił ją swoim kaftanem, poprawiając go tak, jak widział kiedyś u matki. Dziewczynka nie otworzyła oczu, ale jej oddech stał się trochę równy.
— Proszę… — wyszeptał, już nie wiedząc do kogo. — Pomóżcie nam…
I wtedy usłyszał kroki.
Nie z zewnątrz.
Z drugiej izby.
Jegor zamarł. Wszystko w nim krzyczało, żeby chwycić siostrę i uciekać, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Drzwi w głębi skrzypnęły i w progu stanęła kobieta.
Była stara, ale nie taka jak ludzie we wsi. Jej twarz była spokojna, oczy jasne, uważne. Miała na sobie prostą, ciemną chustę i gruby sweter. Patrzyła na nich długo, bez słowa.
— Zimno wam — powiedziała w końcu, jakby to było najważniejsze. — Najpierw ogień.
Podeszła do pieca, dorzuciła drewna, poprawiła żar. Ruchy miała pewne, ciche. Jakby wszystko robiła od lat.
Jegor nie ufał jej. Jeszcze nie. Ale kiedy zobaczył, jak kobieta bierze Warię na ręce — delikatnie, ostrożnie, tak jak powinno się brać dziecko — coś w nim pękło.
— Ona… ona jest bardzo zimna — powiedział chrypliwie.
— Wiem — odpowiedziała spokojnie. — Ale jeszcze tu jest.
Usiadła z Warią bliżej pieca, zaczęła ją ogrzewać, przykrywać, szeptać coś pod nosem. Jegor stał obok, bezradny, nagle znowu tylko dziesięcioletni.
— Usiądź — rzuciła, nie patrząc na niego. — Jak padniesz, to jej nie pomożesz.
Posłuchał. Ręce mu drżały tak, że ledwo utrzymał kawałek chleba, który podała mu po chwili. Zjadł łapczywie, nie czując smaku.
Minęło trochę czasu. Ogień trzaskał, Waria oddychała już spokojniej. Jegor poczuł, że powieki same mu opadają.
— Możecie tu zostać — powiedziała nagle kobieta. — Na noc. A potem zobaczymy.
— A… pani? — zapytał, walcząc ze snem. — Kim pani jest?
Uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach było coś, czego nie umiał nazwać.
— Tą, która akurat była potrzebna.
Jegor chciał zapytać więcej. O ojca. O drogę. O to, czy ktoś ich będzie szukał.
Ale nie zdążył.
Zasnął, siedząc, z głową opartą o ścianę, pierwszy raz od bardzo dawna nie nasłuchując strachu.
A gdzieś daleko, poza lasem, ktoś zamknął drzwi ich dawnego domu i nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, że dzieci mogły nie zniknąć.