Brat odziedziczył po ojcu dom, ja dostałam pole za wsią. Zgodziłam się, bo nie chciałam kłótni. W zeszłym roku gmina zmieniła plan zagospodarowania – moje pole jest teraz warte trzy razy tyle co jego dom.
Leżał na samym dnie pudełka po butach, pod starymi zdjęciami z wakacji w Łebie i wycinkiem z “Kuriera Lubelskiego” o otwarciu nowej szkółki roślin na obrzeżach miasta. Zapisek ojca na kartce wyrwanej z kalendarza, datowany na trzy miesiące przed śmiercią.
Rozpoznałam to pismo natychmiast – drobne, pochyłe literki, którymi tata podpisywał każdy rachunek. “Marzenka dostaje pole, bo Leszek już i tak wziął więcej, niż mu się należało.”
Przeczytałam to zdanie cztery razy. Potem schowałam kartkę do kieszeni fartucha i wróciłam do przesadzania hortensji, bo zamówienie miało być gotowe na poniedziałek. Ale ręce mi drżały tak, że połamałam dwie doniczki, zanim dałam sobie spokój.
O ojcu – Jerzym – mogłabym opowiadać godzinami. Budowlaniec, który postawił dom pod Lublinem własnymi rękami, cegła po cegle, przez siedem lat. Wstawał o piątej, wracał o ósmej wieczorem, a w weekendy zalewał fundamenty albo kładł dachówkę.
Mama pomagała, ile mogła, ale umarła, kiedy miałam dwadzieścia trzy lata, i tata został sam w tym domu z dwojgiem dorosłych dzieci, które dawno się wyprowadziły.