— To jest mój dom — powiedziałam. — I nikt więcej nie będzie mnie tu traktował jak służącą.
Zapadła cisza. Taka, która waży więcej niż krzyk.
Igor w końcu przestał się uśmiechać.
— Waleria, nie rób sceny przy gościach…
— Sceny? — powtórzyłam cicho. — Twoja matka przycisnęła mi dziś twarz do talerza. A ty się śmiałeś.
Ktoś przy stole zakaszlał. Ktoś odsunął krzesło.
Teściowa prychnęła.
— Przesadzasz. W rodzinie trzeba mieć zasady.
Spojrzałam na nią.
— Zasady? W siódmym miesiącu ciąży pracuję tu od rana, w swoim mieszkaniu, które sama spłacam, i nawet nie mam prawa usiąść bez upokorzenia?
Igor zrobił krok w moją stronę.
— Uspokój się.
To było to zdanie.
Nie krzyk. Nie obrona. Tylko rozkaz.
I wtedy po raz pierwszy nie ustąpiłam.
— Nie — powiedziałam.
Podniosłam telefon ze stołu.
— Co robisz? — zapytał szybko.
— Dzwonię po taksówkę dla twojej rodziny.
Wybuchła wrzawa.
— Zwariowałaś?
— W ciąży ci się coś pomieszało!
— Igor, zrób coś!
Ale Igor już nie był pewny siebie. Patrzył na mnie, jakby widział mnie pierwszy raz.
— Waleria… to tylko Wielkanoc…
— Nie — przerwałam mu. — To było moje życie przez trzy lata.
Po kilku minutach w mieszkaniu zostały tylko niedojedzone potrawy, rozsypane serwetki i cisza, która wreszcie należała do mnie.
Drzwi zamknęły się za ostatnią osobą.
Igor został jeszcze chwilę.
— Naprawdę przesadzasz — powiedział już ciszej.
Spojrzałam na niego zmęczona, ale spokojna.
— Nie. Wreszcie przestałam.
Poszedł za nimi bez kolejnego słowa.
Zostałam sama.
Usiadłam przy stole. Wzięłam kromkę chleba, którego nikt wcześniej nie zdążył zjeść.
I po raz pierwszy tego dnia zjadłam w ciszy, która nie bolała.