I w tym momencie poczułam, jak coś we mnie pęka.
Nie głośno. Nie dramatycznie. Raczej cicho, jak cienka nić, która wreszcie nie wytrzymuje napięcia.
Teściowa nadal stała nad stołem, jakby kontrolowała cały świat. Igor się śmiał. Ktoś przy stole opowiadał coś o pracy, ktoś inny dolewał kompotu. Nikt nie widział mnie naprawdę.
A ja siedziałam w swoim mieszkaniu, w którym byłam tylko „funkcją”.
Wzięłam głęboki oddech. Ręka mi nie drżała już tylko z głodu, ale też z czegoś innego — z decyzji, która wreszcie się uformowała.
Odłożyłam widelec.
— Igor — powiedziałam spokojnie.
Nie zareagował od razu. Dopiero po chwili, wciąż rozbawiony:
— Co?
— Wstań.
Zaśmiał się jeszcze raz, jakby to był żart.
— No co znowu?
Wstałam pierwsza. Powoli. Bardzo powoli. Krzesło zaskrzypiało, a rozmowy przy stole na sekundę ucichły.
Teściowa zmrużyła oczy.
— Co ty robisz?
Odsunęłam talerz. Sos z kaczki rozlał się lekko na obrus.