Prolog: Błękitna sukienka i klosz
Jest 11 lutego 1963 roku. Londyn. Zima stulecia. Rury zamarzły. W mieszkaniu przy Fitzroy Road, w pokoju na piętrze, śpi dwoje małych dzieci – Frieda (3 lata) i Nicholas (1 rok). W kuchni na kuchence stoi mleko dla nich.
Sylvia Plath wstaje o świcie. Sprawdza dzieci. Potem wchodzi do drugiego pokoju, zamyka drzwi, uszczelnia szpary ręcznikami. Włącza gaz.
Gdy znajdą ją kilka godzin później, będzie miała na sobie niebieską sukienkę. Nie niebieską od święta – tylko zwykłą, domową. Pielęgniarka, która przyjedzie, stwierdzi zgon.
Sylvia Plath miała 30 lat. Dwoje dzieci. Została w Londynie sama, bo jej mąż, poeta Ted Hughes, odszedł do innej kobiety.
Ale to nie jest historia o zdradzie. To jest historia o tym, jak kobieta może być uwięziona – w kloszu – i jak sztuka może być jedynym sposobem, by oddychać.
Część I: Złota dziewczyna
Sylvia Plath urodziła się w Bostonie w 1932 roku. Jej ojciec, Otto, był profesorem biologii na Uniwersytecie Bostońskim – Niemcem, który wyemigrował do Ameryki. Matka, Aurelia, była uczennicą swojego przyszłego męża.
Gdy Sylvia miała 8 lat, Otto zmarł na cukrzycę. Nie rozpoznał objawów na czas. Dla Sylvii to była trauma, która wracała w poezji przez całe życie – symbol ojca jako tyrana, który umarł, ale wciąż miał władzę.
Sylvia była uczennicą idealną. Pisała wiersze, opowiadania, prowadziła dziennik. W wieku 11 lat opublikowała swój pierwszy wiersz w „The Boston Herald”. W wieku 15 zaczęła pisać profesjonalnie – sprzedawała opowiadania do magazynów dla nastolatek.
Miała plan. Chciała być sławna. Chciała być najlepsza. I nie ufała słabości.
W swoich dziennikach notowała: „Muszę być najlepsza, bo jeśli nie będę najlepsza, będę nikim”.
Część II: Lato, gdy pękła
Latem 1953 roku Sylvia wygrała konkurs i została redaktorką gościnną „Mademoiselle” w Nowym Jorku. Dla młodej pisarki to było spełnienie marzeń. Ale rzeczywistość była rozczarowująca – wyzysk, puste rozmowy o modzie, konieczność udawania zachwytu.
Wróciła do domu w Massachusetts. Odmowa z Harvardu (letni kurs pisania) była ostatnią kroplą. W nocy 24 sierpnia 1953 roku wzięła butelkę tabletek nasennych swojej matki. Wsunęła się do piwnicy, w przestrzeń pod domem. Nie chciała, by ją znaleziono.
Znaleźli ją trzy dni później. Leżała nieprzytomna, w kałuży własnych płynów. Lekarze powiedzieli, że cudem przeżyła.
Potem – elektrowstrząsy.
W 1953 roku terapia elektrowstrząsowa była prymitywna. Nie stosowano znieczulenia. Pacjenta przywiązywano pasami, wkładano elektrody do ust i na skronie, puszczano prąd. Ciało łukowato wyginało się. Niektórzy łamali zęby.
Sylvia przeszła kilkanaście sesji. W „Szklanym kloszu” (opublikowanym pod pseudonimem Victoria Lucas) opisała to tak: „Potem mózg zamarł. Wszystkie pytania, wszystkie wątpliwości – zniknęły. Zamiast nich była tylko pustka”.
Po leczeniu wyszła ze szpitala. Wróciła na uczelnię. Ukończyła z wyróżnieniem. Wygrała stypendium do Cambridge. Była idealną pacjentką, idealną studentką, idealną córką.
Część III: Ted