– Cześć, kochanie. Jeszcze na fizjoterapii, będę za godzinkę.
Głos spokojny, ciepły nawet. Dwadzieścia osiem lat i potrafił kłamać tym samym tonem, którym mówił “kocham cię”.
– Krzysiek, jestem na dole. Pod blokiem. Wyjdź.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak rozpada się całe moje dotychczasowe życie. Potem szybki oddech, szuranie, głuche: “zaraz zejdę”.
Wyszedł po dziesięciu minutach. Sam. Miał mokre włosy i rozpiętą kurtkę, chociaż wieczór był ciepły. Stanął przede mną na chodniku i patrzył w ziemię jak chłopiec przyłapany na ściąganiu.
– Jolu, to nie jest to, co myślisz – zaczął.
– Krzysiek, masz klucz do mieszkania obcej kobiety. Jesteś tam co środę od ośmiu miesięcy. Co to ma być, jeśli nie to, co myślę?
Milczał.
– Od jak dawna? – zapytałam.
– Od jesieni – powiedział cicho.
Od jesieni. Czyli od października. Kiedy byłam z mamą w szpitalu po złamaniu biodra. Kiedy jeździłam do niej codziennie po pracy i padałam wieczorem na łóżko bez sił. Kiedy prosiłam go, żeby czasem do niej zajrzał, a on mówił, że ma nadgodziny.
– Kto to jest?
– Jolu, to nie ma znaczenia…
– Ma. Kto?
Kobieta z jego firmy. Dysponentka. Czterdzieści dwa lata. Rozwiedziona, jedno dziecko. Poznali się na firmowym spotkaniu wigilijnym. Banalnie. Absurdalnie banalnie.
Wróciłam do domu sama. Krzysztof wrócił dwie godziny później. Siedziałam w kuchni przy stole, przy tym samym blacie, na którym kilka tygodni temu zobaczyłam ten przeklęty wpis w kalendarzu. Nie płakałam. Płacz przyszedł wcześniej, w aucie pod blokiem na Czubach. Teraz byłam spokojna – tym lodowatym spokojem, który przychodzi, kiedy już wiesz, że najgorsze się stało.
– Zbieraj swoje rzeczy – powiedziałam. – Dzisiaj.
– Jolu, porozmawiajmy…
– Rozmawialiśmy dwadzieścia osiem lat. Teraz ja mówię, a ty słuchasz. Zbieraj rzeczy i jedź.
Nie krzyczałam. Nie rzucałam talerzami. Nie było żadnej sceny jak z filmu. Była cisza, zapach kawy, która stygła w kubku, i dźwięk szuflad otwieranych i zamykanych w sypialni.
Spakował dwie torby. W drzwiach odwrócił się i powiedział:
– Przepraszam.
Nie odpowiedziałam. Zamknęłam drzwi na zamek i oparłam się o nie plecami. Stałam tak bardzo długo, słuchając, jak jego kroki cichną na klatce schodowej.
Ania zadzwoniła następnego dnia. Najwyraźniej ojciec ją uprzedził.
– Mamo, może nie podejmuj pochopnych decyzji…
– Kochanie, jedyna pochopna decyzja, jaką podjęłam w życiu, to ślub z twoim ojcem w trzy miesiące po zaręczynach. Tę decyzję podejmuję po dwudziestu ośmiu latach i jest przemyślana.
Bartek zareagował inaczej. Milczał przez minutę, a potem powiedział: “Trzymaj się, mamo. Przyjeżdżam w weekend.”
Minęły trzy tygodnie. Krzysztof mieszka u kolegi z pracy, nie u niej – przynajmniej tak mówi. Dzwoni codziennie. Nie odbieram. Pisze SMS-y. Nie odczytuję. Raz przyszedł pod dom, stał pod blokiem jak ten pierwszy raz pod jej blokiem, tylko teraz to on czekał. Widziałam go z okna. Nie zeszłam.
Basia z pracy mówi, że powinnam dać mu szansę. Że faceci tak mają, że to nic nie znaczyło, że dwadzieścia osiem lat to nie jest coś, co się wyrzuca. Może ma rację. Ale ja widzę ciągle to samo: jego mokre włosy, rozpiętą kurtkę i to zdanie – “to nie jest to, co myślisz”. Jakby przez dwadzieścia osiem lat nie nauczył się, że ja zawsze myślę dokładnie to, co jest.
Mama zapytała, czy jest mi smutno. Powiedziałam, że nie. Że jest mi pusto. Że wieczorami siedzę w kuchni i piję herbatę, i patrzę na jego krzesło po drugiej stronie stołu, i nie tęsknię za nim – tęsknię za tym, kim myślałam, że jest. A to są dwie różne rzeczy.
Wczoraj wyjęłam z szuflady nasze stare zdjęcie ślubne. Ja w białej sukience, on w pożyczonym garniturze, oboje przerażeni i szczęśliwi. Patrzyłam na tę dziewczynę i tego chłopaka i myślałam: biedni, jeszcze nie wiedzą.
Schowałam zdjęcie z powrotem. Nie wyrzuciłam. Ale nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze na nie spojrzę.