Koleżanka z pracy pożyczyła ode mnie cztery tysiące złotych i zniknęła. Przez dwa lata nie odbierała telefonów. W poniedziałek czekała pod moim blokiem
“Zosiu, ja cię proszę, bo nie mam już do kogo się zwrócić” – te słowa usłyszałam w szatni na zapleczu, kiedy ściągałam fartuch po ósmej godzinie zmiany.
Patrycja stała przy swoim otwartym szafce, z telefonem w dłoni i takim wyrazem oczu, że od razu wiedziałam – cokolwiek powie dalej, nie potrafię odmówić.
Znałyśmy się wtedy pięć lat. Razem pracowałyśmy w dziale pakowania w fabryce kosmetycznej na obrzeżach Częstochowy. Patrycja przyszła na zmianę tuż po mnie, jako nowa, niepewna, z potarganym życiorysem i dwójką dzieci.
Pokazałam jej, gdzie jest automat z kawą, gdzie magazyn z rękawiczkami, komu się nie podpadać. Tak to się zaczęło. Potem były wspólne przerwy na papierosa za halą, wymiana kanapkami, kiedy jednej zabrakło czasu na zrobienie śniadania. Patrycja potrafiła rozśmieszyć całą zmianę jednym zdaniem. Miała ten rodzaj ciepła, który sprawia, że chce się komuś pomagać.
Mam na imię Zofia, mam pięćdziesiąt cztery lata i od dwudziestu jeden pracuję w tej samej fabryce. Zaczęłam tam zaraz po tym, jak Waldek, mój mąż, stracił robotę w hucie i trzeba było jakoś ciągnąć dom.
Waldek potem się pozbierał, znalazł pracę na budowie, ale ja zostałam na swoim stanowisku. Lubiłam tę przewidywalność. Wiedziałam, ile zarobię, kiedy przyjdzie przelew, ile zostanie po rachunkach. Oszczędzałam systematycznie, złotówka do złotówki, na oddzielnym koncie, którego Waldek nawet nie ruszał. To były moje pieniądze na czarną godzinę.
Tamtego dnia w szatni Patrycja powiedziała, że jej syn Damian potrzebuje aparatu ortodontycznego. Że NFZ pokryje część, ale reszta to cztery tysiące. Że odkłada, ale brakuje. Że zwróci w ciągu trzech miesięcy, bo dostanie wyrównanie za nadgodziny.
Nie pytałam dwa razy. Następnego dnia przelałam jej pieniądze.
Przez pierwszy miesiąc było normalnie. Patrycja przynosiła mi kawę z automatu, żartowała jak zwykle, raz powiedziała “Zosiu, ja pamiętam, nie martw się”. Po sześciu tygodniach zaczęła unikać wspólnych przerw. Mówiła, że musi zadzwonić do szkoły syna, że idzie do lekarza, że boli ją głowa. Nie naciskałam. Myślałam – może jej wstyd, że jeszcze nie ma pieniędzy. Rozumiałam to. Sama bym się wstydziła.
Po trzech miesiącach, dokładnie w dniu, kiedy miała oddać, Patrycja nie przyszła do pracy. Kierowniczka powiedziała, że złożyła wypowiedzenie z dnia na dzień. Urlop na żądanie i koniec. Nikt nie wiedział dlaczego.
Zadzwoniłam do niej tego samego wieczoru. Nie odebrała. Napisałam SMS-a. Bez odpowiedzi. Następnego dnia to samo. I następnego. Przez tydzień dzwoniłam codziennie, za każdym razem słysząc ten sam automatyczny komunikat. Po dwóch tygodniach numer został wyłączony.
Waldek patrzył na mnie, jak siedziałam z telefonem przy kuchennym stole i mówił: “Mówiłem ci, nie pożyczaj ludziom.” Miał rację. I właśnie dlatego jego słowa bolały podwójnie.
Pojechałam pod jej blok na osiedlu za torami. Zadzwoniłam domofonem. Cisza. Zapukałam do sąsiadki z dołu – starsza pani powiedziała, że Patrycja wyprowadziła się tydzień temu. Nie, nie zostawiła nowego adresu.
Przez następne miesiące czułam coś gorszego niż złość. Czułam się głupia. Na hali produkcyjnej dziewczyny plotkowały – ktoś słyszał, że Patrycja wyjechała do siostry pod Kielce, ktoś inny, że widziano ją w Lidlu w centrum. Każda taka wiadomość była jak drobne ukłucie. Nie chodziło już o pieniądze. Chodziło o to, że ktoś, komu zaufałam, potraktował mnie jak bankomat z ludzką twarzą.
Minął rok. Potem drugi. Przestałam o tym myśleć na co dzień, ale za każdym razem, kiedy ktoś w pracy prosił mnie o drobną przysługę, czułam, jak coś we mnie się zaciska. Kiedy nowa dziewczyna na zmianie poprosiła o pięćdziesiąt złotych do następnej wypłaty, odmówiłam tak ostro, że sama się siebie przestraszyłam. Waldek mówił, że się zmieniłam. Że kiedyś byłam pierwsza do pomocy, a teraz patrzę na ludzi, jakby każdy chciał mnie oszukać.
Może miał rację.
A potem przyszedł ten poniedziałek.
Wracałam z drugiej zmiany, zmęczona, z bólem w krzyżu i jedyną myślą o gorącej kąpieli. Wysiadłam z autobusu na przystanku pod blokiem i zobaczyłam ją. Stała przy ławce obok piaskownicy, w cienkiej kurtce, z reklamówką w ręku. Starsza. Chudsza. Włosy ścięte krótko, bez tego kucyka, który kiedyś nosiła.