Syn nie odzywał się do mnie pięć lat, od kłótni o spadek po ojcu. W zeszłym tygodniu zadzwonił telefon, cisza, a potem mały głos: “Babciu? Tata kazał powiedzieć, że robisz najlepsze pierogi”. W tle słyszałam, jak syn płacze.
Telefon zadzwonił w czwartek, tuż po ósmej wieczorem. Numer nieznany. Chciałam odrzucić – ostatnio dzwonili tylko ze spamem albo z przychodni z przypomnieniem o wizycie. Ale coś mnie tknęło i odebrałam.
Cisza. Oddech. A potem cienki, niepewny głosik:
– Babciu? Tata kazał powiedzieć, że robisz najlepsze pierogi.
Zamarłam z ręką na oparciu fotela. Przez pięć sekund nie mogłam złapać powietrza. W tle słyszałam coś jeszcze – stłumiony dźwięk, jakby ktoś odwrócił się od słuchawki i próbował oddychać głęboko. Wiedziałam, co to za dźwięk. Tak płakał Grzegorz, odkąd był mały – bezgłośnie, z twarzą w dłoniach.
– Jak masz na imię, kochanie? – zapytałam, chociaż głos mi się łamał.
– Olek. Mam pięć lat. A ty naprawdę jesteś moja babcia?
Mam na imię Lucyna, skończyłam sześćdziesiąt trzy lata w marcu i od trzydziestu prowadzę mały zakład fryzjerski przy ulicy Lipowej w Lublinie. Dwa fotele, lustro z odpryskiem w rogu, kalendarze od hurtowni kosmetyków na ścianie. Przez trzydzieści lat obcięłam więcej głów, niż potrafię zliczyć, i wysłuchałam więcej historii niż niejeden psycholog. Ale własnej historii nie umiałam opowiedzieć nikomu.
Wiesław, mój mąż, umarł sześć lat temu. Rak trzustki – od diagnozy do pogrzebu minęły cztery miesiące. Nie zdążyliśmy się nawet porządnie pożegnać, bo Wiesław do końca powtarzał, że wyzdrowieje. Zostało po nim mieszkanie w bloku na Czubach, garaż, trochę oszczędności i działka pod Nałęczowem, którą dostał po swoim ojcu.
I testament, który wszystko zmienił.
Wiesław zapisał mieszkanie mnie, z dożywotnim prawem zamieszkania. Działkę podzielił na pół – dla Grzegorza i dla Magdy, naszej młodszej córki. Oszczędności miały iść po równo. Grzegorz spodziewał się czegoś innego.
Był przekonany, że dostanie mieszkanie – w końcu to on był synem, to on miał rodzinę, to on potrzebował. Magda mieszkała sama w kawalerce, nie miała dzieci. Po co jej połowa działki?
Pamiętam tamtą rozmowę w kuchni, dwa tygodnie po pogrzebie. Grzegorz stał przy oknie, a ja kroiłam chleb na kolację, bo nie wiedziałam, co robić z rękami.
– Tata by tego nie chciał – powiedział. – Wiesz, że by tego nie chciał. To mieszkanie powinno być moje.
– Tata napisał testament u notariusza – odpowiedziałam. – To była jego decyzja.
– Jego decyzja. – Grzegorz odwrócił się. Miał czerwone oczy, ale głos miał twardy. – A może twoja, mamo? Może to ty mu podpowiedziałaś?
To zdanie zostało między nami jak odłamek szkła w dywanie. Niby niewidoczny, ale boli przy każdym kroku. Próbowałam tłumaczyć, że Wiesław chciał mnie zabezpieczyć, że emerytura ledwo starczała na rachunki i leki, że po mojej śmierci mieszkanie i tak przejdzie na dzieci. Ale Grzegorz nie słuchał. Zadzwonił jeszcze raz, tydzień później – krótka, sucha rozmowa. A potem cisza.
Pięć lat ciszy.
Magda próbowała pośredniczyć. Dzwoniła do brata, pisała, prosiła. Grzegorz odbierał, ale rozmowy były krótkie i uprzejme w ten straszny sposób, który mówi więcej niż krzyk. Dowiedziałam się od Magdy, że Grzegorz się ożenił. Że urodził mu się syn. Że przeprowadził się na drugi koniec miasta.
Magda pokazała mi kiedyś zdjęcie Olka na telefonie – roczny, w niebieskim śpioszku, z jednym zębem. Patrzyłam na to zdjęcie i czułam, jak coś we mnie pęka powoli, jak lód na rzece w marcu. Mój wnuk. Nie znałam jego głosu, nie trzymałam go na rękach, nie wiedziałam, czy lubi kaszę czy płatki na śniadanie.
W zakładzie nikt nie pytał. Moje klientki przychodziły ze swoimi historiami – ta synowa, tamten zięć, ta córka, co nie dzwoni. Słuchałam, kiwałam głową, mówiłam “to minie, proszę pani, to zawsze mija”. A sama szłam po pracy do pustego mieszkania i stawiałam wodę na herbatę, która stygła na blacie, bo zapominałam ją wypić.
Kupiłam kiedyś materiał na poszewki dla Olka – taki w misie, niebieski. Uszyłam dwie, wypr