Mąż wrócił z ryb i wystawił kalosze do wyschnięcia. Z jednego wypadła damska spinka do włosów, z perełką. Schowałam ją do szuflady i nic nie powiedziałam. Od tamtej pory jeździ na ryby częściej.
Spinka była mała, z perełką, taka jakich nie noszę od lat. Wypadła z lewego kalosza Bogdana, kiedy stawiałam je na gazetę przy drzwiach, żeby wyschły do rana.
Podniosłam ją, obróciłam w palcach i przez chwilę stałam tak w przedpokoju, nasłuchując, jak Bogdan w łazience odkręca kran. Potem wsunęłam ją do szuflady komody, pod stare rachunki, i poszłam podgrzewać mu rosół.
Tamtego wieczoru jadł jak zwykle – pochylony nad talerzem, z kawałkiem chleba w drugiej ręce. Opowiadał o szczupaku, który zerwał się z haczyka. O tym, jak Zdzisiek przewrócił się na pomoście i wpadł do wody po kolana. Śmiał się. Ja też się śmiałam, a jednocześnie myślałam o tej spince leżącej trzy metry od nas, w szufladzie, pod rachunkami za prąd z marca.
Mam na imię Wiesława, mam pięćdziesiąt siedem lat i prowadzę zakład fryzjerski na Tysiącleciu w Płocku. Mały lokal, dwa fotele, jedna pracownica na pół etatu. Bogdan jest ode mnie dwa lata starszy.